Forum Król Lew Strona Główna Król Lew
RPG [PBF] w realiach 'Króla Lwa' Nowy adres: http://pbf.krollew.pl/
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Forum przeniesione na adres: http://pbf.krollew.pl/
Opowieści Frontowe

 
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Król Lew Strona Główna -> Kosz
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Ghash Burz
Gość





PostWysłany: Wto Sty 27, 2009 11:11 pm    Temat postu: Opowieści Frontowe Odpowiedz z cytatem

Cóż, myślę, że wydam kiedyś z tego książkę, acz tylko jeden egzemplarz dla siebie, dla wspomnień.



Prolog
Warczenie silnika, gruby z ciężkiego materiału kask, ślad i pisk kół, połyskliwy dziób kierujący się ku górze… Ty lecisz! Tak! Lecisz! Suniesz blaszanym ptakiem przez gęste chmury, przez jałowe tereny …
Teraz tylko Ty, sklepienie niebieskie i maszyna. Blaszana, piękna, mająca duszę. A wtem przypominasz sobie swój cel. Swoją misję i zadanie, lecz już za późno. Już spadasz , niczym meteoryt, niczym kometa, niczym spadająca gwiazda. Jeśliś wierzący, modlisz się do Boga, modlisz się w duszy i cierpisz. Za późno na ucieczkę, za późno na cokolwiek. Rozbijasz się i umierasz. Tak zaczynają i kończą piloci…

Nikt bowiem nie zrozumiał pilota będącego w kabinie swego blaszaka. I nikt nie zrozumie dopóty sam niestanie się gwiazdą wśród histerycznych meteorytów. Jesteś panem niebios, a zarazem ich poddanym. Jesteś bohaterem gdy przeżyjesz. Bohaterem jeśli zginiesz. Jesteś niczym i wszystkim.
… Dlatego właśnie piloci kochają samoloty, a samoloty kochają ich…


Rozdział I
- Gotowe per Kapitanie! – ryknął śmiechem jeden z brunatno-włosych rekrutów kierując wzrok ku swojemu znajomemu w pobliskiej knajpie, podając mu mały skrawek papieru.
- Marco, prosiłem Ciebie, nie nazywaj mnie tak. Ta ranga i tak jest wszelako możliwie naciągnięta, więc…- odparł mu towarzysz i szarpnął delikatnie za świstek, patrząc na niego z uśmiechem – myślisz, że… będzie chciała rozmawiać z takim kimś jak ja? – spojrzał w dal zadymionej speluny, szukając wzrokiem swej „ zdobyczy”, uśmiechając się do niej. Istotnie miał do kogo, bowiem dziewczyna, która była jego wybranką serca znacząco przewyższała wszystkie kobiety z całego budynku. Czarnowłosa panienka odwzajemniła uśmiech, po czym dołączyła do chichrających koleżanek.

Marco, bo tak się zwał, poklepał po ramieniu z uśmiechem:
- Leć metro seksualny ptaku! – popchnął go w kierunku dziewczyn, a on sam założył nogi na blaszaną podpórkę krzesła – Tequilę z cytryną poproszę! – zawołał do barmana i spojrzał na kolegę.
Dostawszy swój kieliszek, złapał za niego i wychylił go do dna, szepcząc w myślach ,, Za Rayana!” .
Chłopak, posiadający imię ów Rayan, dość wstydliwym i pokracznym krokiem zbliżył się do dziewczyn. Kilka razy sam do siebie burknął, poprawił swój mundur i utkwił wzrokiem, rozmarzając się, na kobiecie, która niemniej jak podbiła jego serce. Drgającą ręka ściskał kawałek papieru, który miał wylądować u damy.
Jedna z koleżanek ,,zdobyczy” założyła nogę na nogę i wścibskim tonem zapytała:
- Szukasz czegoś, chłopcze?
Ray się otrząsnął, a jego policzki zrobiły się bordowe, niczym krew.
- Ah… o, e… ta-ta-taak! – wypowiedział porównywalnie do piszczenia, cichym tonem rzucając na stół karteczkę.
- Przepraszam, że przeszko… - cicho syknął nie kończąc, a wtem za nim pojawiła się sylwetka Marco’a, stawiającego krok w przód, tuż przed dziewczyną. Machnął ręką zabierając przedmiot zainteresowania dziewczyn i rzekł:
- Wybaczcie dziewczęta za kolegę. Chciał się spytać jednej z was czy nie chciałaby umówić się z nim na randkę.
Szarmancko oparł się o dębowy stół, wpatrując w tą jedyną przyjaciela. Odwrócił głowę ku Rayan’owi i cicho szepnął:
- Wybacz stary, nie mogłem na to patrzyć.
Nagle chłopaka burzliwie ktoś popchnął na jedną z murowanych kolumn , przy tym odzywając się grubym i ciężkim tonem:
- Ptaszyno, szukasz czegoś!? A może kogoś…? Wracaj do swoich skrzydełek i tam szukaj posoki miłości, c*elu!
Zaraz po nim, pojawiła się reszta, z pewnością, hałastry „zbuntowanego”, a raczej wk*rwionego nieznajomego.
-… co ja Ci zrobiłem, do k*rwy nędzy… - syknął Marco, masując się po głowie i barku .
Masywny, a raczej napakowany chłop podszedł do Marca i podniósł go za fraki:
- Mam wybić Ci te białe ząbki czy zamkniesz mordę…?
- Tom, przestań! – krzyknęła zrozpaczona czarnowłosa, wstając i gwałtownie odsuwając drewniane krzesło – panowie się tylko chcieli zapytać o toaletę, prawda chłopcy? – dziewczyna hardo odparła, podnosząc brwi. Naraz Tom puścił go za białą koszulę, wściekle pomrukując.
Marco oparł się o ścianę i uniósł głowę, by spojrzeć na „Tom’a”, za to Ray załamał ręce, co raz ścierając pot z czoła.
Barman, stojący za barkiem, wycierając kufel od piwa, trzepnął nim o świerkowy bufet.
-…Jakieś problemy, panowie? - spojrzał na nich, przecierając starą szmatką wodę wewnątrz naczynia.
Ray opuścił rękę i próbując zwieść garsona, uśmiechnął się:
- Skądże znowu! My już opuszczamy lokal. Kariera czeka.
Szarpnął za „podbitego” Marca i ruszył w kierunku drzwi.

Na zewnątrz, jak na Hawajski wieczór przystało, było ciepło, acz nie gorąco i nie zimno. Lekki wiatr muskał zarówno jak i palmowe liście jak i twarze ludzi, przechodzących się w tą i we w tę. Była już 21:00, acz Słońce połyskiwało na horyzoncie. Z oddala było słychać krzyczenie mew jak i morza. Piękny wieczór, na piękną bójkę.
- Marco, do cholery, to już trzeci raz kiedy się wpieprzasz w moje kontakty i to już trzeci raz w tym tygodniu, podkreślam, tym tygodniu, kiedy ktoś Tobie wpieprza. Sam bym sobie poradził, wierz mi. – mruknął z podirytowaniem, nie zważając na pokaszliwanie kolegi.
Marco jeszcze kilka razy zakaszlał i poprawiwszy swój kołnierz odparł:
- Stary, gdyby nie ja, to by Ci nawet uśmiechów nie puszczała.
-… spójrz ile ona ma adoratorów.
- Ray, mówisz o tym z poniedziałku, który capił jak świnia czy o tym ze środy, który miał medalionik z tekstem „Ave Krochmal”, czy o tym sterydojadzie z dzisiaj? – powiedziawszy to, uniósł brew i ruszył ku portowi, gdzie znajdował się ich hotel, w którym przebywali wszyscy piloci z lotniskowca „Arizona”.


Ostatnio zmieniony przez Ghash Burz dnia Wto Sty 27, 2009 11:14 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Sylwia



Dołączył: 04 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Nie Gru 04, 2016 7:03 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Amarth Shetani SkoirArato
Szeol
Pani Gehenny
<b>Szeol</b><br><i>Pani Gehenny</i>


Dołączył: 09 Sie 2008
Posty: 9573

PostWysłany: Wto Sty 27, 2009 11:13 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Już Ci mówiłam, co myśle o Twoim wyjeździe i samolotach...

Acz nie przeczę - Lubię czytać Twoje opowiadania i Twój styl. Szczególnie Ave Krochmal.

_________________
<center>.G H E T T O E L E C T R O.
Stop this Monster!


??????? ???????? ????????

No matter how many deaths that I die, I will never forget.
No matter how many lifes that I live, I will never regret.



There is a fire inside of this heart and a riot about to explode into flames.
Where is your
G o d? Where is your G o d? Where is your G o d?!


{...}I DON'T WANNA BECOME THE FUCKIN' GARBAGE LIKE YOU.{...}


||THE reverse side of beauty it dyed by beloved FILTH. ||
</center>

Avatar (c) Levis
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Ghash Burz
Gość





PostWysłany: Wto Sty 27, 2009 11:20 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Shet, nie wściekaj się. Odwiedzać Cię przecież będę. Ty też w końcu zajdziesz na studia i to już niedługo.
Powrót do góry
Amarth Shetani SkoirArato
Szeol
Pani Gehenny
<b>Szeol</b><br><i>Pani Gehenny</i>


Dołączył: 09 Sie 2008
Posty: 9573

PostWysłany: Wto Sty 27, 2009 11:21 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Nie temat na kłótnie. I nie na temt podróży...

Czekam na drugi rozdział.

_________________
<center>.G H E T T O E L E C T R O.
Stop this Monster!


??????? ???????? ????????

No matter how many deaths that I die, I will never forget.
No matter how many lifes that I live, I will never regret.



There is a fire inside of this heart and a riot about to explode into flames.
Where is your
G o d? Where is your G o d? Where is your G o d?!


{...}I DON'T WANNA BECOME THE FUCKIN' GARBAGE LIKE YOU.{...}


||THE reverse side of beauty it dyed by beloved FILTH. ||
</center>

Avatar (c) Levis
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Ghash Burz
Gość





PostWysłany: Sro Lut 11, 2009 2:04 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Rozdział II


Marco, będąc w szalonych przestworzach stawał się całkowicie kimś innym. Bestią. Samoloty sprawiały to, że odłączał się od świata. Był w swoim, małym maleńkim światku, który tylko on sam go rozumiał. I może Ray, acz prawdę mówiąc nigdy o tym nie rozmawiali. Oni o tym wiedzieli. Myślę, że ze spokojnym sercem mogę podarować drugi dział mojej świeżej książki opisowi naszych ptaszyn.

Podczas szkoleń, Ray’owi zawsze udawało się prowadzić monolog, jak i trzeźwo myśleć. Był świetnym lotnikiem, zresztą świadczy o tym jego niedawno podniesiona ranga. Rayan twierdził, że była ona naciągnięta, tylko i wyłącznie z powodu zbliżającej się groźby wojny ze wschodu. Tylko on tak twierdził. Nawet sam Marco wiedział, iż Rayan jest o tyle od niego lepszy, że może go uczyć. I tak też było, aczkolwiek Ray nie zdawał sobie z tego sprawy.

Ray, a raczej Rayan, dla przyjaciół Skrzydlaty ( czasem nawet nazywano go Skoir – Tolkienowska Czarna Mowa, w tłumaczeniu Skrzydło ). Jego pseudo wzięło się stąd, że kilkadziesiąt zim temu , gdy ów Skrzydlaty był małym chłopcem, o ambicjach takich samych jak i dzisiaj, kazał Marcowi wyciąć z kartonu skrzydła i domalować im pióra. Następnie on sam zrobił zaczepki na ręce, zarazem przyczepiając je. Wyimaginowany ptak, 6 letni chłopiec z imieniem Rayan, na oczach wielu swych rówieśników skoczył z 15 metrowej stodoły. Pomijając fakt, iż ów Skrzydlaty w momencie zetknięciu się z ziemią, nawet nie zapłakał, uniósł rękę pokazując kolegom, że zyje. Nie obyło się bez strat… połamał dwie nogi i stłukł łokieć, ale to w nim ceniono, że potrafił się śmiać z właśnie takich, jak dla niego, fenomenalnych zdarzeń.
Marco wraz z Rayan’em mieszkali w tej samej Amerykańskiej mieścinie, położonej na wschód od Bostonu. Stan materialny ich rodzin był niewielki, lecz powodziło im się dobrze jak 1940 rok. Rodzina Skrzydlatego była nie patologiczna, a… bez fundamentalna, można rzec, bez miłości. Brak zainteresowania swym jedynym synem to był tylko przejaw matczynej absencji odpowiedzialności, zaś ojciec częściej bywał prawdziwym „tatusiem” niż Rayan’owa „mamusia”… może dlatego, że sam w dzieciństwie nie odczuwał jakiegoś specjalnego zainteresowania ze strony wychowujących. A co do Marca… chłopak, szczerze powiedziawszy, rodziny nie miał wcale. Ojciec został skazany na śmierć za tzw. zdradę stanu, a matka po ojcowskiej śmierci, rozpiła się na dobre. Mimo wszystko, żyli jedną chwilą, byli szczęśliwi, uczęszczali do szkoły, średnio się uczyli i zachowanie było w sam raz jak dla nich. Skrzydlaty był bardzo skrytym chłopakiem, co dało się wywnioskować z zachowania w knajpie. Nie lubił poznawać nowych ludzi, wolał swoje otoczenie, Marca i dziewczynę, która go interesowała. Zamknięty w sobie egoista z przeżyciami, które zapewne nie raz dały mu w kość. Może i właśnie to przez rodzinę jest jaki jest. Życie nauczyło go nie tylko stawiać na swoim, ale też nie ufać ludziom. Był odważny w samolotach, nieśmiały w towarzystwie. Skromność, jak dla co poniektórych, była wadą, ale i zaletą. Nie lubił się chwalić, a za każdy komplement ze strony znajomych, karcił. Za to Marco był całkowicie inną duszą, niżeli Rayan. Towarzyska, odważna i tu i tu, żartobliwa i żądna przygód. Chłopak nie miał przezwiska, ale zazwyczaj mówili na niego „Maro” bądź „Candy”, gdzie samo Candy oznaczało jego zamiłowanie do słodyczy. Sam doskonale wiedział, iż brzmi to niemniej jak kobieco i dość pedantycznie, ale za każdym razem , gdy się tak do niego zwracano miał z tego ubaw i się tym nie przejmował. I za to również cenili Cand’iego.


Marco jak i sam Rayan marzyli o wojnie. Nie wiedzieli jak tam jest, ale sama myśl, samo słowo „war”, podniecało ich. Nie bali się śmierci i za to też ich ceniono. Jednym słowem, ludzie z otoczenia uważali ich za braci. Słuszne stwierdzenie, bowiem pomimo odmiennych charakterów, nigdy nie zdobyli się na jakąkolwiek kłótnię. Konflikty załatwiali w taki sposób, że nazywali to dyskusją i po paru minutach już nikt nie pamiętał o ów dysputach.

W dzień poborów na rekrutów, po długoletnich szkoleniach, byli na tyle podekscytowani i zdenerwowani, że samo wypowiedziane „sorry” w ich ustach brzmiało „srmpf”. Jedną wpadkę, z bardzo wielu tamtejszych nieszczęść, zapamiętali bardzo dobrze i do dziś śmieją się z tego jak osły, acz nie ważne jakie to pożałowania godne wydarzenie ich śmieszy, przyjdzie i na to czas.

W 1939 roku, zaraz po wybuchnięciu II Wojny Światowej, gdzie Adolf Hitler „zalał” całą Europę Środkową jak i Zachodnią, i Wschodnią, Skrzydlaty i Maro wylądowali na Arizonie. Przypadek? Gdzieżby tam. Zasłużyli, zresztą jak to ich dowódca stwierdził: przenoszę was na Arizonę, boście całe lotnisko zamienili w rozpidziel. Oczywiście miał tutaj na myśli zachęcanie innych pilotów do robienia tego, co oni robili. Nie samolotowe beczki, obroty czy cokolwiek, a prawie samobójcze wloty w górę i spadki w dół, gdzie trzeba było na tyle być dobrym pilotem, by podnieść kilkunastotonowy złom, zwany też kadłubem, ku górze i „wyprostować” lot.

I od tamtej pory, szkolenia były dla nich jak kaszka z mlekiem, a zabawy i imprezy rutyną.
Powrót do góry
Amarth Shetani SkoirArato
Szeol
Pani Gehenny
<b>Szeol</b><br><i>Pani Gehenny</i>


Dołączył: 09 Sie 2008
Posty: 9573

PostWysłany: Sro Lut 11, 2009 6:36 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Kocie, powiem szczerze - Masz cholero talent. I nie wiem, czy dlatego, że kochasz te lotniki, czy masz zupełnie inną inspirację.
_________________
<center>.G H E T T O E L E C T R O.
Stop this Monster!


??????? ???????? ????????

No matter how many deaths that I die, I will never forget.
No matter how many lifes that I live, I will never regret.



There is a fire inside of this heart and a riot about to explode into flames.
Where is your
G o d? Where is your G o d? Where is your G o d?!


{...}I DON'T WANNA BECOME THE FUCKIN' GARBAGE LIKE YOU.{...}


||THE reverse side of beauty it dyed by beloved FILTH. ||
</center>

Avatar (c) Levis
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Ghash Burz
Gość





PostWysłany: Czw Lut 12, 2009 12:38 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Nie schlebiajmy sobie.
Talent to by był wtedy, kiedy pisałbym dobrze. Tu jest niemniej jak... przeciętnie lub i gorzej.
Powrót do góry
Sylwia



Dołączył: 04 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Nie Gru 04, 2016 7:03 am    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Levis
Gość





PostWysłany: Czw Lut 12, 2009 4:17 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

zgrabne i podoba mi się.

Ghash Burz napisał:
Rozdział II
zaraz po wybuchnięciu II Wojny Światowej


po "wybuchu" brzmi lepiej.
Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Król Lew Strona Główna -> Kosz Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group