Forum Król Lew Strona Główna Król Lew
RPG [PBF] w realiach 'Króla Lwa' Nowy adres: http://pbf.krollew.pl/
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Forum przeniesione na adres: http://pbf.krollew.pl/
Co siedzi w mózgu Quida-krótkie formy

 
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Król Lew Strona Główna -> Kosz -> Wasza Twórczość
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Quidutmortem
Gość





PostWysłany: Sob Lut 04, 2012 9:02 pm    Temat postu: Co siedzi w mózgu Quida-krótkie formy Odpowiedz z cytatem

Moja postać jest dość złożona- zarówno ludzka jak i ta utkana w moim lwie - dlatego aby przybliżyć wam moje szaleństwo i wypaczone poglądy, wklejam tu jedno z moich ,,krótkich'' form.

Fioletowa magnolia - za ewentualne literówki czy ortografy ;> sorry


Co ja tu robie? Zadupie totalne. Jakie diabły mnie tu przygnały?
A tak ,cholerne wspomnienia które spazmami rzucają mym ciałem nocą, jak workiem kartofli które już dawno nasiąkły wilgocią. Tak, moje pieprzone nostalgiczne sny o spokojnym życiu żebraka na usługach państwa. Wszędzie te karykatury prawne, kakofonia dźwięków porąbanych akwizytorek które co rusz chcą ci wepchną nowe super gówno przez telefon. Rzucasz słuchawką jak wytartą szmatą, a one i tak po chwili znowu dzwonią, jak koczkodany, powyginane w zabawne figury wyjce z Nowego Świata które dalej jak nakręcona katarynka prawią te swoje farmazony jako to bez ich produktu nie przeżyjesz pięciu minut. A tu się szmaty mylicie, żyję od dawna bez tego północnego rzadkiego gówna które tak na siłę wpychacie. I co głupio wam, ha ha to jest firmament mojej władzy nad wami, jak mogę wam przez słuchawkę powiedzieć co o was myślę. Teraz stoję na jakiejś zapyziałej rozsypującej się przystani w oczekiwaniu na jakiegoś pożal się Boże przedstawiciela Ciała Doktorskiego które to niby wie jak mnie już to w tri mi ga uspokoić wewnętrznie . Już to widzę , staruch , pewnie sam ma problem ze sobą, chodzi o przeżartej przez korniki lasce , ma zapuszczoną brodę i pewnie cuchnie starą wódą pomieszaną z jakimiś tanimi perfumami ,które w to niby cudowny sposób mają zatuszować smrodliwą aurę tego czegoś, co chce zwać siebie psychiatrą.
Teraz oczekuję , zamkną mnie w celi dla czubków z kaftanem, jak się załapię to może pozwolą mi coś jeszcze zjeść. A może od razu zakują, podczepią wemflon i dożylnie będą mi pompować te swoje syfiaste świństwa na których język łamie się po drugiej sylabie.
A oto ja chore odbicie lustrzane, spaczonego człowieka, który potrafi tylko marudzić, jak stara baba na klopie co nie wie ,co z rękami zrobić . A ja ci powiem co- odrąb se je uziem w durnym kwiatku. Zrób co chcesz, polej się kurwa wrzątkiem jak nie wiesz co zrobić. Ja będę się śmiał- w kur jeb przecież… rozwala mnie mój własny śmiech . Doktor- no może rzeczywiście potrzebuję leczenia. Ale czemu na takim obszytym mgłą zadupiu jak Fioletowa Magnolia. W ogóle co to za pokręcona nazwa. Wymyślali ją pewnie po drugiej setce. Nie, pomysł opuszczonych przez Boga pacjentów, psycholi, sam od tego wszystkiego mam ochotę się pociąć i obudzić się w innym może lepszym ,a może gorszym miejscu.
Totalny szał, wytwór chorej psychiki autora.
O to się zjawia ,pies jak ich mało. Odbiegać od moich założeń to on nieskory. Doktor lump myślę sobie ,ale moje usta wykrzywiają się w rytm słów dzień dobry i innych powitalnych pierdół. Nieuniknione , wsiadam na relikt przeszłości , furmankę, zaprzężoną do jednego trupio wygłodzonego konia. Jaki z niego porąbany jeździec apokalipsy. Jak sam koń wygląda jak worek na kości to ciekawe co serwuje pacjentom? Pewne nieustannie o odpowiednich porach rozcina brzuch tej klaczy czy jak to bydle się zwie , i odkrawa mięcho po trochu, upuszcza krwi. Cudowny obiad, ta, myślał by kto , a, i jakie użyteczne. Jedzie? Jedzie, a jak by inaczej żywa potrawka- tucznik z które wycina się płaty mięsa a potem zaszywa aby dalej ciągnęło wóz tego dr. al’a dance macabre naszych czasów.
Las po lewej las po prawej, piaskowa uklepana droga, co to ma być osirodek wypoczynkowy Poluj i Jedz czy pożarny kurort. A może doktor makabra lubi patrzeć jak obłąkani czyszczą sobie zęby gryząc drewno jak jakieś durne bobry. Czegoś Pan będzie potrzebował, to do mnie zajdzie – mówi z rozkoszą jego zawieszająca gęba pełna pożółkłych zębów. Uśmiecha się – sadysta – myślę, paskudny stary sadysta, Kuba Rozpruwacz, jakiś zakichany Kanibal Lecter we własnej osobie.
Jak ja nie lubię patrzeć się na takie zakichane gęby , ile bym dal aby z drzewa skoczył jakiś ostatni Mohikanin i odrąbał mu łeb bojowym toporkiem trajkocząc od rzeczy jakieś tralalalala. Cudów nie ma, a szkoda!
********
Dojechaliśmy- o Boże – co sprawiło że jest tu trawa. Nie ma złudzeń z lasu przyszła pewnie jak wszystko.
Pokazuje mi mój domek, kurde myślę lepszy niż ten z kiepskich , durny polsatowski serial. Mohery go nienawidzą, no co się dziwić durny jak sto pięćdziesiąt , tajna broń koncernu telewizyjnego, głucha odpowiedź na radia Maryja i armię generał Rydzyka. Dobrze że nie ma tu TV bo by mnie chyba musieli wieść do szpitala jak bym im na zawał zszedł.
Jak tu przytulnie myślę – jeden kran , mała wanna, utopić się można heh no w sumie człowiek powinien spróbować wszystkiego, łóżko też się znalazło , no i dywan, czerwony- pewnie krew łatwiej schodzi a resztek nie widać bo i to czerwo i to. Szafka- wszystko cacy , rzeczy ubranka. Nikt mnie w kaftan nie zakuł. Sukces. Jak Pan będzie łaskaw, w tym dużym domu spożywamy kolację za godzinę. Niech Pan przyjdzie jak się rozgości. Znowu zbierało mi się na wzniesienie modlitwy o jakiegoś Apacza co by się zjawił z jakiejś pustki i odrąbał mu ten łeb. Nie ma co człowiek nie perpetuum mobile że bez żarcia pojedzie. Wychodzi. Boże jak dobrze, cisza – w świetle żyrandola oblepiam swymi łapskami każdy skrawek pokoju , obcy, nie chce wierzyć w to co czuję, chłód, kurwa przecież jest środek lata a ja tu jak jakaś laleczka z czekolady zaczynam się utwardzać. Złapie mnie jeszcze jakiś bachor i wepchnie sobie do buzi jak jakiego świętego bożonarodzeniowego mikołaja. Jeszcze lepiej opitoli barankowi cukrowemu łeb jak jakiś psychopatyczny kat.
Trzeba w końcu udać się na ten posiłek.
*****
Wchodzie, ta… istotnie klientów to oni nie mają tyle co Hippo czy jak jakaś zrzynająca z ludzi ostatni grosz Żabka. Czwórka idiotów z śliną cieknącą z mordy . Koszmar z ulicy wiązów to tu się chowa. No nic, siadam w kącie daleko od tych jęków i dukań . Jakieś monstrum a nie kobieta powłóczy niezaradnie, z nogami niosąc jakąś michę, twarz ma jak jakiś babochłop. Krzyk, po co to się drzeć – z zupy jak galareta wystają kości i fragmenty czaszki, drukarka wie czyjej , - morda – krzyczy ktoś z cienia. Pewnie jak znam takie zakłady jakiś walnięte wcielenie Elvisa Presleya, nieźle się urządziło. No nic trza pomachać łychą . Kości obijają się o zęby , zupa nie zupa ale smakuje jakby ją kto z wychodka wyławiał. Skręt kiszek murowany – jak się przekręcę to przynajmniej nie będę oglądał tego syfu.
Goście, raczej pacjenci maczają swoje mordy w tej breji jak jakieś szympansy , jeden je łyżką ściskając ją jak górniczy młot , drugi bez ogrodem pakuje w to swoją kocią mordę i zachlewa się tym w trupa, a trzeci no bez jaj on się w tym myje, co za dom wariatów . Czwarty no chyba jedyny w miarę normalny siorbie sobie leciutko pomlaskując radośnie. Ja nie mogę, jak najszybciej obimbać tu miesiąc i wracać do cywilizacji – ale jakiej ,no z bata strzelić , może ja zawsze tu byłem, Jezu wariat ze mnie. Już świruję. Spokojnie zaraz przyjdzie doktor Do I W Tle i pozamiata mi ten małpi burdel w mojej posoko-sorbetowej bańce zwanej czaszeczką. Święci mi się istna trepanacja jak nie kompletne odrąbanie łba.
******
Po, posiłku , no teraz to się tylko machnąć pod prysznic. Zmyć z siebie tą głupotę , co ja bym dał za szum wody. Odkręcam kran, jak obłąkany patrzę ale nic nie leci ,coś buczy ale za nic nie leci , co jest myślę. Wkładam tam swoją wielką gałę – pusto- a tu, niby ni stąd ni z owąd dostaje czymś po twarzy. Lukam – górna dwójka jak wypisz wymaluj. Zębowa wróżka się ucieszy skoro takie fanty mi z kranu wypadają. Nie ja rzeczywiście chory jestem , patrzeć a wannę jak śnieg zalewają zęby, białe, czarne, żółte, cholera wie skąd to się wzięło. Dobra może to popieprzone ale wchodzie. Rozbieram się – jestem w tym. Biorę gąbkę namydlam się – płucząc się zębami . Przyjemność wariacka mnie ogarnia odkręcam zlew – kap kap – ludzkie oczy wypadają jeden za drugim – chory ciąg . Wylewają się na podłogę . Kim jestem – nieważne. Ciekawe co wyskoczy z sedesu – tańczący szkielet- no tego to już bym naprawdę nie zdzierżył . Oczy są już na krawędzi wanny , wlewają się – dziki obłęd.
Krzyczę – dość, dość, dość dość – koniec.
Przewracam się na łóżku. Co za pokręcony sen, czub ze mnie ale czy prawdziwy. No przecież każdy chodź raz w życiu mył się w zębach i brodził w ludzkich gałkach ocznych. Nic specjalnego.
Piąta w nocy – dupa tam, trza się machnąć na spacer. Wokół cały las do dyspozycji a do porannej kolacji jeszcze trzy godziny. Wychodzie w piżamie.
********
Okolica jest totalnie przesiąknięta stęchlizną, ziemia domki, ławki wszystko wali zdechłym kotem. Sprzątaczka to z pewnością nie wie co to za ciekawe urządzenie jakim jest farba. Bród i smród. Fioletowa Magnolia, raczej syfiasty park z spróchniałych desek. Prawdziwy kurort dla wariatów, tylko oni mogą tu żyć i się nie skarżyć. Ja, niby też wariat? Jednak nie. Człap człap … w stronę drzew, do ukojenia , ekstazy jaką napawa mię zapach drzew i huczenie sowy.
Broczę przez bagno, zachciało mi się spacerków koedukacyjnych jak te tanie programy animalsów – złącz się z naturą – i inne brednie, jak otwarte rany na rzyci . Ból i pożoga . Tyle .
Las zdaje się przyjmować mnie z otwartymi ramionami niczym Michel Jackson dobierający się do małych dzieci. Chora miłość, zew szaleńca. Brodzie w tej lepkiej mazi, czując ból i udrękę – to nie koniec – mój duch wola jeszcze, spazmatyczny książę mroku – szczotka klozetowa którą właśnie ktoś użył. W umyśle zapada ciemność.
Las. Nieprzeniknione ciemności mej zagubionej mentalności wariata. Jak mesjasz którego nikt nawet nie pragnie zrozumieć. Śmieć systemu, wyrzutek, ofiara z krwi i kości dla szalonych ambicji rzeźnika. Krew płynąca w stajniach pożogi – jatka – ile osób zastanawia się co musi czuć zwierze idące na rzeź, żywcem wrzucane do wrzątku, porażane prądem, co czuje tucznik z podciętym gardłem? Czy człowieczeństwo jest plamą w worku rzeźnickim z skór i resztek ,których takim psom jak nam NIK nie chce zaserwować. Lubimy ładną rzeź, bez krwi, świeże kabanosy i wędlinki. Ceną za nasze pragnienia jest krew, niezliczone litry, morze które wsiąka w ziemię niczym fala rozbijająca się o brzeg plaży. Tak, lubimy zamoczyć nóżki, gówno kogo obchodzi że kilometr dalej jest rura odprowadzająca ścieki, fekalia,… w tym brodzisz – dobrze rozwodnione fekalia. Brzydzisz się jak jakaś maleńka Barby dotknąć chorego , powiem ci dobitnie – zachłysnęła się kiedyś wodą – tak? To wiedź że piłaś szczochy tego człowieka , przez twoje zęby przesączało się jego gówno. Tak, słodkie, powoduje dreszczyk na skórze. Zbiera ci się na wymioty? Nie krępuj się zwracaj na swoje kolana, a potem to żryj jak tucznik którego tak lubisz. Ciasna klatka , po kolana w gównie, moczu otarcia zranienia, w twoje krwi jest więcej tego paskudztwa niż w oczyszczalni ścieków. Tak lubisz galaretkę, lubisz też jak ci żywcem zdzierają skórę do kości, potem ją wyjmują i mielą tak, na twoich oczach, krzyczysz, niemy krzyk- wiesz że z 206 kości zostało ci już tylko 205 każda następna – agonia idealna – perfekcyjny sadysta. To się dzieje teraz tak Idzi i sprawdzi , chcesz teraz być wegetarianinem ? Tak, pieprz się, masz w komórkach krew milionów. Każda krew jest czerwona, roztwierasz sobie żyły , myślisz- wylejesz tego demona teraz na podłogę tak, całe 5 litrów czystego zła i życia zarazem. Twoja skóra robi się sina odpływasz w daleki sen ale nie na Sąd Ostateczny – twoi bracia już wydali na ciebie wyrok . Do końca będziesz przykuta w psychopatycznej rzeźni z klamrami na oczach abyś nie mogła ich zamknąć. Do końca, śmierć po śmierci, będziesz patrzyła na to co zrobiłaś, na to co wszyscy robimy i na co przyzwalamy. Na zwierzęcą agonie , rozkosz psychopatów. Kap kap tu krew – psychopatka dostępna – tak wiesz że to do ciebie odbierasz . Hej tu ja koń ? chcesz kabanosa, bo mi właśnie źrebię zarzynają. podcinając mu żywcem ścięgna i wrzucając do kotła z wrzątkiem. Patrzę jak krzyczy , mój los podobnym się stanie, słodka konina rozkosz podniebienia. Długie godziny agonii . Dużo krwi . Patrz i płacz, nic innego zrobić nie możesz . Życie jest takie ulotne. Ludzie – panowie życia i śmierci – jak żyć to w nędzy , jak zdychać to w długiej agonii oglądając film swego życia jak popieprzony film. Sąd , jaki sąd? Myślisz że coś tam jest? Nie, do końca świata będziesz przeżywać ostatnią chwilę swojego życia . Płać, płać.
Wstaję , nic się nie dzieję, ile przespałem? Na zegarku piąta. Nic . Nadal piąta. Przyciąga mnie las , jego głębia , każdy szmer każdy powiew. Szemrzący strumyk , ach woda dawca życia i wilgotna kostucha zarazem. Cóż za fart, co co dalej jest jakiś budynek, podchodzie . Puk Puk. Głucho, wchodzie . O proszę bar pana Lectera, czy może starego kolegi Draculi.
Dawno tu nie byłem, przydał by mi się niezły drink. Obsługa? Jaka obsługa nic zero pusta szopa. Łup , podłoga słodka podłoga. Taka ciepła od posoki. Czule otula moje ramiona, schodzi niżej . Żar z mojej głowy przeradza się znowu w jakąś chora wizję wszechświata.
Istna trupiarnia tym razem iście lichy teatrzyk kabaretowy. Psy, koty , konie , świnie, owce- ludzie w formie zwierząt. Co zamawiasz kochanie – mówi Owczarek Niemiecki do Pudla- może kotlet z murzyna, a nie, uraczę się oczami blondynek – puste kalorie. Zupełnie jak właścicielki. Domena głupoty, chora fantazja. Ciekawe czy jak Kuba Bogu tak Bug Kubie.
No oczywiście ludzie z rórztu. Jeszcze żywi . Psy jak widać ogony maja dobre i do machania, lewo prawo ale też nieźle obkręcają grilla.
No słodkie uczucie gdy białko ścina się w komórkach. Płoniesz , słodka mięsista skóra schodzi z ciebie płatami ujawniając każdy zwój mięśni i rysów dawnego ciała. Byłeś gruby? – widać, z żołądka wycieka ci gotująca się treść żołądkowa, tak, co za korcący syk płomieni zwilżanych papką. Owies siano … dobre dla konia nie ludzi faszeruje się hot dogami, hamburgerami , frytkami , napaja colą i fantą – tak miękcy w środku, mało żyłek sporo tłuszczyku tak przydatnego na zimę. Żywcem rwana paznokcie, świetna gra – bierzesz kolegów z stodoły zamawiacie białasa na wynos i zadajecie sobie pytania – jak ktoś nie odpowie to wyrywa człekowi paznokcia – przegrywa ten którego pierwszy człek padnie trupem. Heh ludzie są odporni , potem się ich rozczłonkowuje, jak oni zabawnie rzucają się w spazmach bez rąk i nóg.
Opuszczać ramienia słodkiej stodoły która jeszcze chwile temu tuliła mię morzem posoki przeciekającej przez deski.
Ludzkość, podniosłe- ciekawa nazwa określająca bandę rzeźników z sumieniem.
Hej stary stój! – krzyczę w las widząc kołaczący się cień , ludzki, a jak że co innego mogło by teraz zmierzać w moją stronę. Firmament ewolucji. Dwunóg z wybroczynami i krwawymi śladami na ciele. Przerażenie? Nie gniewem mu z oczu patrzy. Są też inni tak, schodzą się gromadnie . Toż to samo zło Ghoust Rider na swoim motorze, nie to pomyłka ewolucji pieprzone zło które wraca z zaświatów, kroczy , nie biegnie z furią. Dopada mych żył sączy jad, po kolei nie pchać się krwi pięć litrów a mięska 85KG czyste mięsko jedzcie do woli bracia zaraz do was dołączę kiedy już porzucicie moje sflaczałe zwłoki gdzie w jakiejś dziurze.
Podniesienie, ach prawdziwe powstanie , ludzka domena . Zabija nas najbardziej to co sami stworzyliśmy . Czyż to nie zabawne . Duma chorego człowieka , szczepionka na wszystkie pragnienia. Żywa krocząca kreatura, rozkłada się, a jak że, ale żyje,- lek na śmierć. Kostucha poczeka , czekała tysiące lat na taki pokarm jak my, na głupców co sami sobie wrogiem, tak jej kosa połyskuje, wdzięczy się nad nami . Władza ostateczna, krew? Jaka krew , w jej żyłach tylko ciemność i pożoga. Dzieci, cieszą ją najbardziej – afrykańskie murzynki z AK47, ofiary gwałtów, najlepiej jak umierają w długim cierpieniu jak zwierzęta w rzeźni – to ją najbardziej cieszy. Wszystko co robimy do czego zmierzamy ma jeden koniec- krwawa apokalipsa, nic , jak umierać to z rozmachem zabierając ze sobą setki, tysiące , miliony ,miliardy , setki miliardów , biliardy, wszystko. Jak my odejdziemy … jak pies ogrodnika zabierając ze sobą wszelkie życie. Zalejemy świat trucizną która wypali ją aż po same jądro. Szukamy jeźdźców apokalipsy, tak? Łatwo ich znaleźć rozejrzyjcie się dookoła . W ludzkich sercach czają się demony straszniejsze od każdego znanego horroru jaki może zgotować wszelka istota. Wierzysz w życie poi za ziemią. Istotnie, mądrością że tu nie przylatują, wykazują się od lat. Zaraza niszcząca wszystko czego się dotknie. Ludzkość. Jedno słowo , wiele znaczeń ale jeden wydźwięk.
Cykuta, cyjanek, arszenik – chcesz odpowiedzi kto jest za to wszystko odpowiedzialny, nie mów mi że jakaś powalona roślinka,… a może jednak jakiś krzak pasiony przez ludzi takim świństwem że zaczyna chodzić . Super… wejdź do lasu obok wysypiska. Wszystkie drzewa pijane, cieknie z niż żywica jak krem a drzazgi wychodzą z nich jak z człowieka flaki. Istny cyrk, interakcja z widzami kiedy pierwszy rząd z podciętej aorty oblewa tylni rząd krwią w desperackiej próbie ratowania swego nędznego życia. Wódz , To dobre słowo , człowiek potrzebuje szarlatana i okultysty, powalonego sadysty,… inaczej nie umie sobie poradzić. Śmieć który rządzi kubłem- tak go zwę. Czy mi wierzysz spójrz w ekran telewizora dorobku morderców i sadystów. Człowiek- to słowo nic dla mnie nie znaczy , nie dla mnie, nie dla wariata którym obwołał mnie świat. Znajomi , koledzy , przyjaciele, plecy za plecami jak marionetki obracane przez lalkarza w chorym tańcu odtrącenia. W dupie mam religie , i wierzenia. Wiara, czym że jest ? chleb dla chołoty której demagogie wciska się uszami ustami każdym otworem w ciele. Matka -Płud zalewa durnotą i fanatyzmem . Ostentacyjny świat pustych ludzi, których jak chory wypychacz swym sianem wiedzy i uległości wypycha -ksiądz. Czarny siewca zagłady. Dwie wiary Cesarz i Papież , dwie głowy do ścięcia, tak- kat by się ucieszył. Dobry ksiądz, nie takich nie ma to po prostu lepiej indoktrynująca zabawka chorego Żniwiarza który z góry patrzy się na swoją farmę mrówek. Chory bóg który dopuścił by zarżnięto królową i toczono boje o hegemonie nad całym szklanym światem. Nie chce tego. Prawda. Jaka prawda od dawna jej nie ma są tylko świństwa napychające moje żyły i myśli. Nie ma ostoi. Szukasz w drugim człowieku, nie , nie znajdziesz tam niczego prócz dobrze ułożonych kłamstw którymi cie poją jak poi się niemowlę butelką z mlekiem. Płacze ale ty dalej pchasz mu wrzącą butelkę z mlekiem , tak musi być, twardość, męskość cecha doboru w stadzie, umiejętność zapanowania nad haremem ździr które jeszcze nie ogarnęły że wszystkie bękarty są od jednego ojca. Ojciec przeznaczenia. Świat to nie krajny, morza rzeki góry i lasy. To państwa pamiętające chorą historię którą na każdym kroku przypomina się latorośli w szkole zakrzewiając, zakorzeniając w nich wiarę w jedno nieprzeniknione dobro jakim jest honor i ojczyzna. Czym że są te słowa? Tarcza dla tchórzy którzy nie chcą przyznać że całe ich życie to kłamstwo i przegrana honorowa walka. Tak honorowa, tam do kąt trafimy to jedyna waluta.
Gówno prawda, walutą jest przetrwanie. Nie ma tunelu ze światłem ni innych imaginacji. Iluminująca prawda złego ducha . Kości zostały rzucone, kruszy się twoja wiara we wszystko w co wierzyłeś. Teraz powiedz na głos wierzysz mi? Nie, nie musisz ,wiem co pomyślałeś. Mam racie mam pieprzoną racje. Żyjemy jak chore mrówki w terrarium psychopaty. Węża w kieszeni ma każdy tylko w jakim stadium? Zaglądasz do kieszeni, widzisz moniaki tak? A czujesz ukąszenia żmij wijących się pod nimi tak to twoje sumienie. Będziesz tułać na dom na przyszłość, tak , a jak kupisz już sobie marzenia przyjdą do ciebie. Zapukają…. Chciałbyś aby cię zabili ? Nie, zabiorą ci wszystko zgwałcą żonę i córkę, ciebie wyrzucą nagiego na bruk -zabiją ci matkę i ojca. Do końca swych nędznych dni będziesz chciał by cię ktoś usłyszał.
Będziesz miał szanse, zauważą cię ci z UWAGI czy INTERWENCJI zrobią reportaż. Ostatnia ofiara, szczyt litości Po tygodniu nikt nawet nie pozna twojej twarzy. O to walczyłeś i pracowałeś- przeżyją tylko najsilniejsi tylko najbardziej podstępni. Przeżyją ci którzy nie boją się wepchną ci noża w plecy. Ból, nie, nic nie boli , można cię okaleczyć , połamać kości ale po co- ciało się wyleczy psychika nie. Zbombardują cię sesjami w kabinach do których nawet sam twórca boi się podejść. Wyjdziesz jako żywy trup wyznający swego pana krew z krwi człowiek z człowieka . Bestia w całej krasie oblana słodką polewą uległości. Rotwailer na smyczy swego pana. Lampart zakuty w łańcuchy. Czy to do nich pasuje? Nie, rozwinąć skrzydła mogą tylko wolni, my do nich nie należymy. Zawsze będziemy więźniami własnego państwa. Poddani nieustannym działaniom wypaczników , które do końca życia wpajać nam będą gorzką trutkę naszego historycznego dorobku.
Ja żywy trup, skorupa z krwistym sorbetem w smrodku, szmaciana lalka własnej natury zakuta w kajdany prawnych kodeksów. Wiem mój glos nigdy nie wyjdzie po za ramy tych okładek nigdy nikt nie usłyszy mego zewu, zewu umarłego człowieka jakim się stałem.
*******
Budzie się ,muskam dłonią ciepła kołdrę, moje palce prześlizgują się po gładkiej nawierzchni. Spinam wszystkie mięśnie. Po policzku lecą mi przezroczyste łzy , kim jestem. Macam swoją szyje , powłóczę dłonią ku klatce piersiowej cała. Płonę … począłem płonąć żywym ogniem od wewnątrz. Płynna ropa rozchodzi się po całym mym ciele, zapałka, tak jeden znany każdemu odgłos, otwieram usta. Wkładam. Zamykam. Przełyka. Błogosławiony ogień rozpala moje wnętrze.. Czuję jak płomienie zajęły cały żołądek, jelita. Idą ku szyi, żywa pochodnia.
Otula mnie płaszcz starej znajomej kostuchy, witaj mówi , jak milo że wpadłeś . Podaje mi nóż przysiada na brzegu kościstymi oczodołami ciągle wpatrzonymi w jeden cel. W swoją nową ofiarę. Tnę brzuch , słodka posoka. Skóra i mięśnie szybko puszczają. Ból to tylko stan umysłu mówią tylko koszmarna chwila, czuje ją za każdym razem gdy ktoś mnie rani umierając i powstając setki razy . Rozchylam płaty brzuszne , wyjmuje po kolej wątrobę, ach cudowna wątroba, stara koleżanka pamiętająca każdą pijacką imprezę, przechowująca każdy urwany film, pamiętliwa suka wypominająca każdy gram alkoholu. Żołądek jak miło ciepły z zawartością. Jedyny narząd któremu tak wiele zawdzięczam każdy kilogram mego ciała, każdy gram więcej. Dziękuje że jesteś przyjacielu co ja bym bez ciebie zrobił. A tak byłbym normalny jak każdy płaski od góry do dołu. Prężył się dumnie i górował wśród innych. Teraz , kim jestem? Rzucanym rozterkami grubasem, prosiakiem bez szkoły który uważa że coś może zmienić . Nic. Można zmienić tylko siebie, ale trzeba stoczyć najtrudniejszą walkę niczym Jagiełło z wielokrotnie silniejszym przeciwnikiem. Samym sobą . Fam fatal twojego przeznaczenia w każdym calu. Ty jesteś największym wrogiem samego siebie. Nigdy nie dam się położyć własnym myślą własnej agonii. Wyrwałem się z kajdanów okropieństw , które gotował mi los nie po to by wdepnąć w kolejne piekło własnego labiryntu myśli.
Długim sznurem, kochane jelita miejsce wszystkich trosk, i miejsce spoczywania wszystkich znienawidzonych rzeczy. Lustro weneckie, choćby nie wiem jak kto wytężał wzrok nie zobaczy tego co ja stojąc po jego drugiej stronie. Psycholodzy, psychiatrzy. Nic mnie nie położy trupem nawet ten nóż który dzierżę w dłoni. Nie poddam się demagogii i opinii publicznej. Czym że jest publika, lustrzanym odbiciem chorego krytyka, jego dłońmi jego strunami głosowymi. Nikt nie ma prawa oceniać moich przekonań i drwić z nich. Są związki chemiczne dla których nie problem stanowi rozpuszczenie ludzkich kości . Cudowny lek dla krytyka. Kąpiel w takiej substancji , wyciągnięty korek, cala krytyka spływa do otworu cudowny odgłos . Szum wody płynącej kanałami a wraz z nią i szum spuszczanej krytyki.
Serce, ciemne miejsce, pompka pompująca krem do całego organizmu. Czarną jak dym , jak wschodzące słońce nad krainą mych myśli. Spokojnie ostrożnie jak zwierze wpycham je sobie do ust . Ręką ostatni raz muska pościel . cała we krwi i ludzkich narządach wewnętrznych . Koroner będzie miał sporo roboty aby to poskładać. Zresztą tam gdzie się udaje nie będzie mi to potrzebne. Nie tam. Kostucha , mroczna widmowa pani podchodzi do mnie dociska moją szczękę jedna sekunda jedna chwila. Łapie ją za rękę idąc tam skąd nigdy nie będę mógł już tu powrócić . Biegnę z nią na jawe.
*******
Jeden śpiew :
Gdzie jesteś moja pani
czy zaszczycisz mnie
swym oddechem
daj mi choć jeszcze
raz ujrzeć twą twarz
pomacać kościste paliczki
gdzie się podziałaś?
Wiem że wrócisz
nim wstanie czarne słońce nad mymi myślami
Wiem że wrócisz sama
bez orszaku
powitasz mnie
jak swoje nowe dziecko
i pozwolisz mi zapomnieć o znoju przeżytych lat .
Powrót do góry
Sylwia



Dołączył: 03 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Sob Gru 03, 2016 8:44 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Król Lew Strona Główna -> Kosz -> Wasza Twórczość Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group