Forum Król Lew Strona Główna Król Lew
RPG [PBF] w realiach 'Króla Lwa' Nowy adres: http://pbf.krollew.pl/
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Forum przeniesione na adres: http://pbf.krollew.pl/
Arham pisze prozą

 
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Król Lew Strona Główna -> Kosz
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Arham
Samotnik
<b>Samotnik</b>


Dołączył: 13 Lis 2008
Posty: 2437

PostWysłany: Nie Mar 06, 2011 2:41 pm    Temat postu: Arham pisze prozą Odpowiedz z cytatem

Nie mam zamiaru znów męczyć Was Nadeną (ile osób to w ogóle kojarzy?), choć może kiedyś wreszcie to skończę. Na razie jednak, aby nie zniechęcić zbyt dużą ilością tekstu naraz, przedstawiam Wam 3 pierwsze strony chyba pierwszej mojej w pełni ukończonej historii (tu: opowiadania). Miłej lektury.


Tajemnicze zlecenie


Targ tętnił życiem, zewsząd płynął gwar towarzyszący wieczornym zakupom – „Po ile ta sałata?”, „U mnie kupisz najświeższe warzywa, owoce i inne dobrocie!” – takie i podobne zawołania były słyszane często i w różnych miejscach na rynku.
Tom westchnął, oparłszy się o drewniany stolik, przy którym sprzedawał już od wielu lat. Niewielu miał klientów, ponieważ jego kram stał nieco na uboczu, nieopodal wąskiej, nieprzyjemnie wyglądającej uliczki. Nie wykrzykiwał reklam swoich towarów, bo i nie miał po co, nigdy się to nie sprawdzało. Jego słowa zwyczajnie ginęły wśród innych, a i odległość od głównego zbiorowiska nabywców robiła swoje. Jednak było to jedyne miejsce na targu, na które było go stać. Jeśli ktoś się zdecydował kupić cokolwiek u niego, był najpewniej znajomym jednego z jego poprzednich klientów albo kierował się uczuciem litości, dotykającym niejedną osobę, która zauważyła nędznie wyglądającego handlarza. W sumie takich osób nie było dużo.
- Witaj Tom – z wieczornej ciemności dobiegł handlarza cichy, syczący głos.
Mężczyzna wzdrygnął się na dźwięk tych słów. Nie lubił nie wiedzieć, z kim rozmawia, a teraz zdecydowanie nie widział nikogo, kto mógłby się do niego odezwać. Trzeba przyznać, że do najodważniejszych nie należał.
- K-kim j-jesteś? – spytał z przestrachem, jąkając się. – Skąd z-znasz m-m-moje imię?
Odpowiedział mu tylko cichy, drwiący śmiech. Rozejrzał się uważnie wokół, ale nikogo nie zauważył. Wyglądało na to, że późna pora i samotność przyprawiają go o omamy słuchowe. Potwierdzał to jeszcze fakt, iż żaden z pozostałych kramarzy zdawał się niczego nie zauważyć. Wszyscy czekali jedynie na umowną godzinę zamknięcia wszystkich stoisk, wykrzykując swoje zwyczajowe hasła reklamowe i żywiąc nadzieję na nadejście jeszcze jednego klienta albo dwóch. Może nawet więcej… Lub po prostu zajmowali się tymi kupcami, których przed sobą mieli.
Tom zawstydził się przed samym sobą, kiedy zdał sobie sprawę z własnej tchórzliwości. Żeby tak dać się zwieść zwykłym odgłosom ciemności! „To przecież początek jesieni, pewnie wiatr tylko zaszeleścił liśćmi gdzieś w pobliżu” tak sobie tłumaczył, nie zauważywszy braku najlżejszego zefirku.
- Och, wiem o tobie dosyć sporo – znów usłyszał podobny do wężowego głos. Tym razem brzmiał na swój sposób miękko, ale dało się wyczuć nutkę pogardy. – Mieszkasz sam w niewielkim domu, na którego opłacenie i jedzenie ledwie ci starcza. Zamknąłeś się w sobie po śmierci żony, boisz się kontaktów z innymi ludźmi. Prowadzisz na rynku niewielkie stoisko z drewnianymi rękodziełami, choć i tak najwięcej zysku przynoszą ci te, które strugasz na zamówienie. Czy może się mylę? – zakończono z przesadnie udawaną słodyczą.
„To prawda, wszystko prawda!” pomyślał w panice. Nie lubił kontaktów z innymi ludźmi, chyba że byli jego klientami. A jeszcze bardziej nie lubił, gdy ktoś wiedział o nim coś, czego nie powinien wiedzieć. Ba, nawet nie pamiętał, kiedy ostatnio komukolwiek zwierzał się ze swoich problemów. Na chwilę uspokoił się wyjaśnieniem podsuniętym mu szybko przez podświadomość – to było możliwe do wywnioskowania z jego postawy i zachowania, a przecież i różne plotki chodzą, wspomina się dawne dni. Tak w rzeczywistości było, ale po raz pierwszy od ładnych paru lat ktoś mu to wypomniał. I nie było to dla niego miłym przeżyciem. Bał się.
Jak przez mgłę doszedł do jego uszu chichot. Dopiero w tej chwili kramarz uświadomił sobie, że rozmawia z kobietą. Kimkolwiek ona była, wyraźnie bawiła się jego kosztem oraz przebiegiem całej konwersacji.
- Wnioskuję, że mam rację – powiedziała tonem, który oznaczał: „Chcesz, możesz zaprzeczyć, ja i tak znam prawdę”. – Ale wiesz… mam dla ciebie bardzo korzystną propozycję. Jeśli wykonasz dla mnie pewne zlecenie, zostaniesz sowicie wynagrodzony. Nie będziesz musiał oszczędzać, a i tak oferowana przeze mnie kwota wystarczy ci na wiele miesięcy. Jeśli dobrze się wywiążesz z tego zadania, nie będziesz musiał już nigdy otwierać tego nędznego kramiku – w jej głosie słychać było pogardę dla małego stoiska z drewnianymi figurkami.
Tomowi szybciej zabiło serce za wzmiankę o pieniądzach. Nikt mu nigdy nie oferował nawet w połowie tak dużego zysku za jedno zadanie! Naraz stał się podejrzliwy, przecież nikt normalny nie daje takiej gotówki za byle co. Zaschło mu w gardle ze zdenerwowania, przestraszył się nie na żarty.
- A co się stanie, jeśli nie wykonam tego zlecenia? – wychrypiał, nieudolnie starając się przybrać obojętny ton.
Poczuł dotyk czegoś zimnego w okolicach lewego barku, od czego przeszły go ciarki. Owo coś się ruszało. Niejasno uświadomił sobie, że jest to dłoń nieznajomej i wzdrygnął się po raz drugi tego wieczoru. Miał dość, najchętniej zwinąłby interes na dziś i poszedł do domu – im prędzej, tym lepiej. Nabrał przeczucia, że wcale nie chce znać odpowiedzi na zadane pytanie, ale już było za późno. Trwoga sparaliżowała jego ciało, wiedział, iż mimo wszelkich chęci nie potrafiłby się ruszyć z miejsca.
- Cóż, wtedy najprawdopodobniej nie będziesz potrzebował żadnych pieniędzy – usłyszał zimną odpowiedź. Tak, zdecydowanie wolałby nie znać tej repliki. – Już nigdy – dodała na wypadek, gdyby handlarz miał jakieś wątpliwości co do znaczenia jej słów.
Przerażenie ścisnęło go za gardło, głośno przełknął ślinę. W następnej chwili zdał sobie sprawę, że tego właśnie mógł się spodziewać. Przecież nie pierwszy raz ktoś mu grozi w taki sposób, żeby zmusić do wykonania brudnej roboty, a w zamian dostaje darowanie życia.
- Jakie to zlecenie? – spytał zrezygnowanym tonem, wzdychając w duchu. Nie miał nadziei na wymiganie się od tego i dalsze wiedzenie spokojnego życia z rutynowym przebywaniem na rynku w roli sprzedawcy.
- Mądry wybór – rzekła z jadowitym uśmiechem, a długie, idealnie białe kły błysnęły przez chwilę spod półmroku ciemnego kaptura, niezauważone przez nikogo, wszak Tom odwrócony był do niej plecami. Zresztą, nie zależało jej jakoś specjalnie na tym, żeby zostać zauważoną. Wręcz przeciwnie, wolała, aby nikt nie wiedział jak wygląda, a przynajmniej starała się zapobiegać wzrostowi liczby takowych. Na przykład zabijając ich. – Musisz zdobyć dla mnie krew. Jak najwięcej. Za cztery tygodnie spotkamy się przy ulicy Słonecznej, o dwudziestej – odpowiedziała szeptem na zadane pytanie. – I pamiętaj, chcę tylko grupę A.
Wbrew swojej nazwie owa ulica była zawsze skryta w cieniu otaczających bloków i nie należała do tych, gdzie ludzie chętnie chodzą na spacery czy randki. Prawdę mówiąc, trzeba mieć bardzo, ale to bardzo dziwne wyobrażenie o spotkaniach towarzyskich, żeby wybrać się na takowe w miejsce co najmniej podobne do ulicy Słonecznej.
- Krew? Czemu akurat grupy A? I skąd, u licha, mam ją wziąć? – zapytał, zaskoczenie chwilowo zdominowało bojaźń.
- Tak, krew. Jeśli ci się powiedzie, powiem ci. Ze szpitala, banku krwi. Możesz kogoś zabić i zebrać jego lub jej krew. Gdzie ci jest bliżej lub bardziej po drodze – powiedziała tonem wyrażającym obojętność wobec tego, co będzie źródłem potrzebnego jej towaru.
Kramarz wyczuł za sobą wzruszenie ramion i już miał zadawać kolejne pytanie, gdy zorientował się, że kobieta gdzieś zniknęła. Słyszał jeszcze tylko z każdą chwilą cichnący, drwiący śmiech.

***

Minął miesiąc, a handlarz nie zrobił ani kroku w stronę spełnienia żądania dziwnej klientki. Zupełnie zapomniał o tym zleceniu. Na drugi dzień pytał innych sprzedawców, czy widzieli lub słyszeli coś podejrzanego, ale każdy, kto w jego opinii mógł cośkolwiek poświadczyć, zaprzeczał rzekomym wydarzeniom. Zastanawiał się nawet, czy jeśli coś widzieli lub słyszeli, to po prostu uznali, iż mieli omamy.
- Stary, wiem, że interes ci nie idzie najlepiej, ale od czasu do czasu każdy musi odpocząć. Znam to z własnego doświadczenia. Przez kilka dni nie przychodź tu, przemyśl dręczące cię sprawy, dobrze ci to zrobi – takie słowa padały w tym dniu z wielu ust.
Wreszcie i on uwierzył, iż to był tylko zły sen albo jakieś dziwne omamy – do domu wracał jak w transie, nie pamiętał praktycznie nic z dalszej części dnia, ale nie zaprzestał dalszej pracy na targu.
Cztery tygodnie później właśnie żegnał klientkę, która kupiła miniaturowego, uroczego konika z sosnowego drewna, gdy usłyszał szuranie dochodzące gdzieś z cienia. Przełknął głośno ślinę, przypominając sobie koszmar z minionego dnia.
- To się nie działo, to był tylko sen, to się nie działo, to się nie działo, tylko sen… – mamrotał do siebie jak mantrę. – …nie działo, tylko sen… - urwał zdjęty strachem, poczuwszy coś chłodnego, muskającego skórę jego dłoni.
Z lekkim drżeniem zwrócił wzrok na rękę, ale zobaczył tylko kilka liści unoszonych coraz dalej przez wiatr. Odetchnął wbrew sobie z ulgą, burcząc coś o przewrażliwieniu. W efekcie sam siebie rozbawił i rozdrażnił zarazem, co wywołało cichy, nerwowy śmiech. Prawie się nawet odprężył, kiedy nagle chłodne palce zacisnęły się na jego przedramieniu. Serce podskoczyło mu do gardła; tym razem był pewien, że nie śni.
- Chyba nie zapomniałeś, co? – usłyszał ostre pytanie.
- N-nie, ależ o-oczywiście, że nie! – odrzekł przepełniony lękiem.
- W takim razie mogę liczyć na otrzymanie towaru nawet teraz? – padło kolejne pytanie.
Tom zamarł w przerażeniu, powróciło uczucie paraliżu. Oczy miał szeroko otwarte w autentycznym zdumieniu. Nie odpowiedział, za to tajemnicza kobieta zachichotała złośliwie, znów wielce rozbawiona rozmową.
- Ty… - zaczął zduszonym głosem, nie śmiejąc się odwrócić. – Ty istniejesz! – zawołał w końcu przyciszonym głosem, nagle olśniony przedziwną ideą. Nie wiedział czemu, ale odnosił wrażenie, iż nie wypada mówić głośno w takich okolicznościach.
- Ależ oczywiście, że istnieję – oświadczyła sucho, tłumiąc uprzednio śmiech. – Wy, początkujący, zawsze zapominacie o swoich obowiązkach. Zdziwiłabym się, gdybyś ty był wyjątkiem i pamiętał – dodała, trafnie oceniając źródło nagłego powrotu bojaźni.
Kramarz nieświadomie rozchylił usta w zdumieniu. Nie tego się spodziewał.
- W każdym bądź razie mam nadzieję zobaczyć cię z towarem tam, gdzie wcześniej ustaliliśmy. Powiedzmy… za godzinę, co ty na to? – zapytała niewinnym tonem.
- Za godzinę? N-nie zdążę! – odrzekł z wyraźną paniką w głosie.
W odpowiedzi usłyszał drwiący śmiech. Narcyza, bowiem tak miała na imię zagadkowa klientka wykonawcy rękodzieł, uwielbiała się zabawiać cudzym kosztem, a takie zagranie było u niej normą, jeśli chodziło o, jak ich nazywała, początkujących.
- W takiej sytuacji: do jutra – odparła wyniośle i już jej nie było.
Handlarz jeszcze przez dobre kilka minut stał w miejscu, oddychając nierówno. Po uspokojeniu się do tego stopnia, że odzyskał władzę w ciele i potrafił zapanować nad własnymi ruchami, zebrał drewniane figurki, złożył kram i poszedł w stronę domu.

***

_________________
<center></center>

Avatar (c) 19sheri93
Logo (c) Basheerah
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 02 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Pią Gru 02, 2016 9:02 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Lex
Gość





PostWysłany: Nie Mar 06, 2011 5:48 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Trzymasz i budujesz klimat tą tajemniczą postacią. Tylko mam szczerą nadzieję, że to nie będzie wampir a jakaś psychopatka na wzór pachnidła.

Cóż, można powiedzieć... Od strony technicznej jak i językowej niemożna się do niczego przyczepić. Czyta się ów tekst przyjemnie i z lekkim zainteresowaniem. Także czekam z niecierpliwością na kolejne fragmenty.
Powrót do góry
Arham
Samotnik
<b>Samotnik</b>


Dołączył: 13 Lis 2008
Posty: 2437

PostWysłany: Pon Mar 07, 2011 9:17 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Kim się okaże, zobaczysz, cóż, sporo później.
Hm, kolejny fragment miałam zamiar dać, gdy będzie nieco więcej opinii. Jak widać, niewiele ludzi jest skorych do komentowania prozy. Żeby potem nie było, że tekst wysłany już jest za długi i nie chce się go czytać. Cóż, nieważne.
Oto kolejne 3 strony:



Była godzina dwudziesta pierwsza, gdy Tom wyszedł na ulicę. Podjął trudną dla siebie decyzję, ale wiedział, że bezczynnością nic nie osiągnie. A już na pewno nic dobrego. Nie chciał stracić życia, a nigdy nie wiadomo, co przyniesie jutro. Może się okazać, iż większe pieniądze mogą się przydać już wkrótce. Uświadomił sobie, że w tym tygodniu musi opłacić miejsce na rynku i czynsz. Roześmiał się w duchu na tę ironię losu. Wesołość szybko mu minęła, gdy przypomniał sobie, co musi zrobić. Odetchnął głęboko, po trosze się uspokajając.
Z bijącym tak głośno sercem, iż zdawało mu się, że słychać je w promieniu kilku metrów, ruszył drogą w stronę szpitala, raz po raz powtarzając sobie plan działania. Wiedział, że jeśli coś pójdzie nie tak, może skończyć jako trup w celi. Jeśli zostanie zabity zanim trafi do więzienia, czy jaką tam dostanie karę, przynajmniej zaoszczędzi mu to choć odrobiny upokorzenia. Nie dość, że będzie skazany za kradzież zapasów szpitalnej krwi, przeznaczonej dla umierających i rannych, to w dodatku czeka go śmierć z rąk tej dziwnej kobiety. Nie miał wątpliwości co do tego, że w razie wszelkiego niepowodzenia ona będzie w stanie go odszukać i zamordować. Zadrżał, po raz wtóry przypominając sobie możliwe konsekwencje powziętej decyzji.
Nie przyszło mu do głowy jedynie to, że jeśli mu się powiedzie, może uciec z miasta, z kraju, nawet na inny kontynent. Jeśli Narcyza podążyłaby za nim, trochę komplikowałoby to sprawę, ale dzięki temu nie umarłby… No, przynajmniej nie w ciągu najbliższych kilku dni.
Zawahał się, dotarłszy w końcu do drzwi budynku. Po chwili kolejnej serii głębokich oddechów wszedł do środka, dokładnie się rozglądając. W pomieszczeniu świeciło bladoniebieskie światło sączące się z kilku podłużnych, elipsoidalnych lamp. Niektóre z nich mrugały od czasu do czasu, wydając z siebie buczenie znajdujące się na skraju zasięgu słyszalności. O tej porze światło zdawało się nieco przyćmione, jakby i ono chciało pójść spać, razem z pacjentami. Wszystko wokół było szarawobiałe – sufit, ściany, nawet wykafelkowana podłoga. W powietrzu unosił się nieodzowny zapach, jaki towarzyszy wszystkim szpitalom. Pod jedną ze ścian stało kilka krzeseł, obok których wisiał podajnik ochronnych, niebieskich woreczków foliowych, zazwyczaj jednorazowego użytku, przeznaczonych do nakładania na buty. Naprzeciw nich znajdowały się drzwi prowadzące do szatni dla pracowników. W ścianie obok widniały kolejne, prowadzące do różnych sektorów budynku, a pomiędzy oboma przejściami stało nieduże, narożne biurko recepcyjne, pomalowane na ten sam szarawy odcień bieli, co wszystko wokół. Za biurkiem siedziała wyraźnie zmęczona kobieta w średnim wieku.
Nie było widać żadnej żywej duszy, nie licząc Toma i recepcjonistki, ze znużeniem wpatrującej się w ekran monitora. Rzuciła przelotne spojrzenie przybyłemu mężczyźnie, bardziej z przyzwyczajenia niż z jakiegokolwiek innego powodu. Przez chwilę odnosiła wrażenie, że obecność jakichkolwiek odwiedzających o tej porze jest niewłaściwa, lecz szybko zrezygnowała z głębszego roztrząsania tego problemu. Podświadomość zaczęła nawet podsuwać jej usprawiedliwienia dla nieznajomego, jednak nie zwracała na nie zbytniej uwagi. Można rzec, iż machinalnie im zawierzyła. Jej zdolność logicznego myślenia została ograniczona długimi godzinami pracy i jedyne, czego teraz chciała, to stawienie się jej zmienniczki, zakończenie swojej zmiany w szpitalu, powrót do domu i wreszcie wielogodzinny odpoczynek. Westchnęła cicho pod nosem, coraz gorzej radząc sobie z narastającą sennością.
Kramarz odetchnął w duchu z ulgą i poszedł przed siebie. Dawno to było, kiedy ostatnio przechadzał się korytarzami tego budynku, ale pamiętał, jak niegdyś zbłądził i wszedł do pokoju dla lekarzy. Ruszył pewnym krokiem w tamtą stronę, rzucając nerwowe zerknięcia wokół, obawiając się czegoś na kształt patrolu lekarzy lub jakiegoś innego zagrożenia w tym stylu. Oczywiście, chodzi o zagrożenie dla powodzenia jego misji. Sam właściwie nie wiedział, czego się spodziewał. Owszem, miał przygotowaną wymówkę, ale tylko jedną i dość słabą, bo bez pokrycia. W efekcie zostałby najprawdopodobniej wyrzucony ze szpitala, a nazajutrz byłby martwy. Doprawdy, wielce optymistyczna perspektywa. Udało mu się dotrzeć do celu niezauważonym, przy czym znów wykonał serię głębszych wdechów i wydechów. Kiedy się stresował przed zrobieniem czegoś, nader często zdarzało mu się koić nerwy, choć częściowo, właśnie w ten sposób. Nie był zbyt pobożnym człowiekiem, ale w tej chwili modlił się, by nikt go nie przyłapał w czasie najbliższych paru minut. Nacisnął klamkę i wszedł do środka.
Sala okazała się niezbyt przestronna, ale przytulnie urządzona. Odmiennie niż w holu były tutaj też inne barwy niż sama biel. Sufit i górna połowa ściany były co prawda białawe, ale reszta ściany została pomalowana na jasnozielono. Podłoga była wyłożona linoleum imitującym parkiet. W rogu, przy jedynym oknie stała zielonkawa szafa, a całą ścianę naprzeciwko wejścia zajmował kredens z telewizorem oraz mała szafka, podobna do tych, które przypisywane są każdemu pacjentowi. Po lewej od drzwi stała śnieżnobiała kanapa, a druga identyczna była ustawiona prostopadle do niej. Pomiędzy nimi zaś znajdował się mały, miętowozielony stolik do kawy.
Co się tyczy osób przebywających w pokoiku, handlarz zobaczył tylko jednego lekarza, który nie stanowił zbytniego zagrożenia – zważywszy na fakt, że siedział z zamkniętymi oczami na jednej z otoman, chrapiąc przy tym cicho.
Tom nie umiał chodzić całkowicie bezszelestnie, jednak nie zaszkodziło to wiele, ponieważ nie było nikogo, kto mógłby usłyszeć jego kroki. Poza nim samym, oczywiście. Kramarz podszedł niespiesznie do szafy, starając się unikać stwarzania nadmiernie głośnych dźwięków. Otworzył ją z tą samą ostrożnością, z którą wcześniej otworzył drzwi i przeszedł przez pokój. Ku swej uldze oraz uciesze ujrzał kilkanaście białych kitli lekarskich. Po chwili wahania ściągnął jeden z nich z wieszaka i, ubrawszy się w niego, przyjrzał się sobie w lustrze zawieszonym po wewnętrznej stronie drzwi. Zobaczył dość chudego mężczyznę średniego wzrostu, na oko nieco po trzydziestce. Krótkie, ciemnobrązowe włosy były zmierzwione od wcześniejszego wpływu nocnego wiatru, a spod ciemnych brwi spoglądały szaro-zielone oczy. Generalnie nie było zbyt wielu oznak fałszywego przebrania, o ile nikt nie będzie się zanadto przyglądał. Rękodzielnik żywił wielką nadzieję, że uda mu się skończyć tę coraz bardziej irytującą misję bez tego typu przeszkód. A najlepiej w ogóle bez żadnych, lecz to było niemożliwe, bowiem nie miał zielonego pojęcia, gdzie znajduje się gabinet z zapasem krwi.
Zamknął szafę i wyszedł po cichu z pokoju. Zapomniał jedynie o założeniu identyfikatora, ale jednocześnie ten brak był w pewnym sensie zaletą, która mogła mu się przydać w bardzo bliskiej przyszłości, bo oto z naprzeciwka szła jakaś pielęgniarka. Wyglądała na bardzo skoncentrowaną na treści jednej z trzymanych w lewym ręku kartek. Marszczyła brwi, jakby nie rozumiejąc zapisu. W pewnym momencie podniosła głowę i przystanęła, wyczuwszy obecność innej osoby. Twarz jej z lekka pojaśniała, gdy spostrzegła mężczyznę w białym okryciu, uznając go za doktora.
- Dobry wieczór, panie… – zaczęła i na powrót spochmurniała, nie zauważywszy plakietki.
- Barnets, nazywam się Barnets – wpadł jej w słowo Tom, używając wymyślonego na poczekaniu nazwiska. Nie zdążył zrobić nawet jednego kroku po zamknięciu drzwi, kiedy nieznajoma go przywitała. – Dobry wieczór.
- Czemu nie ma pan identyfikatora? – spytała niemal oskarżycielskim tonem.
- Jestem nowy, jeszcze nie dostałem – mężczyzna kontynuował swoją grę, wzruszając ramionami na znak, że plakietka nie jest dla niego szczególnie istotna, skoro on sam ma pomagać ludziom. Z pewnością przecież będą się czuli lepiej nieświadomi złodziejstwa, niż gdyby o nim wiedzieli, czyż nie?
- Nie dostał pan? Przecież wszystkie są w gabinetach lekarskich – zdziwiła się pielęgniarka, powoli nabierając podejrzeń wobec tego, kto rzekomo od niedawna pracował w ich szpitalu. „Mówił, że jak się nazywa? Brantes, Barents…Barnets, już pamiętam. Trzeba będzie go sprawdzić, tak dla pewności…” myślała Karina, wszak takie imię miała napisane na własnym identyfikatorze.
- Ee, no tak, to miałem na myśli. To znaczy, eee, chciałem przez to powiedzieć, że byłem przed chwilą w tym tutaj. – Wskazał podbródkiem na drzwi za sobą – I nie znalazłem. Właśnie zamierzałem się udać do drugiego gabinetu – odparł zmieszany, plącząc się nieco. Rozejrzał się nerwowo wokół, ku swemu uspokojeniu nie dostrzegając nikogo nadchodzącego.
- Aha, w porządku, nieważne – rzekła kobieta, przyjmując do wiadomości takie wyjaśnienie. – Proszę spojrzeć na te wyniki – poleciła, odgarniając jasny kosmyk kręconych włosów za ucho. Przebieraniec pochylił się odruchowo, udając, że rozumie znaczenie wypisanych tam skrótów i liczb. Szczerze mówiąc, nie rozumiał nic. – Widzi pan? Jeszcze nigdy się z takim czymś nie spotkałam. W dodatku czeka go transfuzja krwi. Jest po poważnym wypadku, ale przy takich wynikach… Nie wiem, czy to bezpieczne. Istnieje spore ryzyko, że krew się nie przyjmie. Jeden Pan Bóg w Niebie wie, jakie komplikacje mogą z tego wyniknąć. Co pan o tym sądzi?
- Cóż, sam nie wiem. Ale chyba lepiej zaryzykować niż skazać chłopaka na niemal pewną śmierć spowodowaną nadmierną utratą krwi, czyż nie? Zakładam, iż krwawienie zostało zatamowane? – odparł po dłuższej chwili, w której udawał analizowanie wyników zapisanych na kartce. Słowa same płynęły z jego ust, aż sam nie mógł uwierzyć w ich logikę. Dobrze zrobił, gdy zdecydował się przejrzeć stary podręcznik do medycyny. Zostały mu w głowie te i owe strzępki informacji, które przed sekundą wykorzystał. Gdyby nie to, nie wiedziałby wcale, co odpowiedzieć. I zapewne tak też powiedziałby na jego miejscu inny początkujący lekarz, jak się przynajmniej zdawało Tomowi.
Serce zaczęło mu bić szybciej na wzmiankę o krwi. Właśnie tę ciecz potrzebował zdobyć. Nie obchodziło go, kim był ów ciężko ranny pacjent. Nie trudził się nawet czytaniem tej kartki, nie skupiał się w żadnym stopniu na jej treści. Jedyne, na czym się koncentrował, to słowa pielęgniarki, udawanie zastanowienia i obmyślanie odpowiedzi wraz z dalszym planem działania, co i tak było dość skomplikowane do wykonania. Oczywiście, myślał już wcześniej o możliwym umiejscowieniu szpitalnego banku krwi, jak nazywał to pomieszczenie w myślach, ale niczego konkretnego nie ustalił.
- Tak, tak, oczywiście – odpowiedziała Karina i skierowała swe kroki w jedną z odnóg korytarza. – Dziękuję bardzo, doktorze Barnets – dodała na odchodnym i po kilku sekundach jej obecność była tylko cichnącym w oddali stukotem pary butów.
Mężczyzna dopiero po kilku minutach wyszedł z osłupienia, w końcu był mniej niż amatorem w dziedzinie medycyny, a udało mu się oszukać pierwszą, no, właściwie już drugą napotkaną osobę. Widocznie świetnie sprawdzał się w roli szalbierza, co niekoniecznie przysparzało mu powodów do dumy.
Po uspokojeniu skołatanych nerwów do zadowalającego stopnia, jak na te okoliczności, podjął poszukiwania magazynu krwi. Skręcił w lewo kolejnym korytarzem, nie mając pojęcia, dokąd on prowadzi, ani w której części znajduje się cel jego przybycia. Podświadomość sugerowała mu obraz drzwi opatrzonych napisem „TYLKO DLA PERSONELU” lub innym, który miałby takie samo znaczenie. Owszem, Tom był prostym człowiekiem ze straganu, ale nie głupcem. Trochę w swoim życiu widział i domyślał się, że tak to powinno wyglądać.
Zasępił się nagle, rozpamiętując wydarzenia ze swojej przeszłości. Nie mógł pojąć, dlaczego to on zawsze był od brudnej roboty, zawsze grał ‘czarny charakter’ przez czyjeś zachcianki. Wnet poczuł się bardzo pokrzywdzony takim wieloletnim traktowaniem, byciem wykorzystywanym do najczarniejszych części wszelkich spisków, jakie tylko przychodziły do głowy ludziom z jego otoczenia. Ledwie zaczął wzniecać w sobie płomyk buntu wobec takiego stanu rzeczy, zrazu usłyszał władczy, syczący szept, przypominający mu o groźbie śmierci, który wydobywał się – o dziwo – jakby spośród liści za oknem. Na ten znak otrzeźwiał z ponurych myśli, starając się utrzymać w sobie determinację do wykonania zlecenia. Trzeba przyznać, że motywację miał dość silną. Nie zauważył nawet, że w trakcie tych rozmyślań bez przerwy chodził po szpitalu. Kiedy to sobie uświadomił, przystanął i rozejrzał się. Ze zdziwieniem zauważył, iż stoi tuż obok wejścia do jakiegoś pokoju ze złowieszczym, a jednak tak upragnionym napisem – „NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY”.
Kramarzowi przyspieszył zarówno oddech, jak i bicie serca. Wiedział, że to może nie być to pomieszczenie, ale miał także świadomość, iż musi to wpierw sprawdzić, inaczej nigdy się nie dowie. Zaniepokoił się brakiem wiedzy na temat poziomu budynku, na którym się znajduje – czy to był wciąż parter, czy może wszedł na wyższe piętro? Bądź co bądź, szpital nie należał do niskich budowli. Tom przełknął nerwowo ślinę i otworzył kolejne już tego wieczoru drzwi. Kości zostały rzucone. Teraz nadszedł czas, by przekroczyć Rubikon.

_________________
<center></center>

Avatar (c) 19sheri93
Logo (c) Basheerah
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Arham
Samotnik
<b>Samotnik</b>


Dołączył: 13 Lis 2008
Posty: 2437

PostWysłany: Sob Mar 19, 2011 1:59 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Mam prośbę: żeby jakoś dawać znać, że się przeczytało, no, chyba że nikt tego nie czyta... Bo nie wiem, kiedy/czy mogę kolejny fragment dać.

I kolejne 3 str.



Wnętrze okazało się być wąskim, ciemnym o tej porze doby pokojem. Wzdłuż ścian stały wysokie na dwa metry przeszklone szafy, a każdą przezroczystą półkę ozdabiał metalowy ogranicznik. Na wszelkiej poziomej powierzchni – prócz podłogi i zwieńczenia szafek, rzecz jasna – stały metalowe konstrukcje, które handlarzowi skojarzyły się z czymś w rodzaju stojaków na notatki, jednak nie do tego służyły. W każdej obręczy znajdował się worek, którego jeden koniec był podtrzymywany u góry przez klamerkę, a każdy z owych worków wypełniała ciemnoczerwona ciecz.
Przebieraniec wkroczył powoli do pokoju, oszołomiony widokiem setek aluminiowych przedmiotów. Zamknął za sobą cicho drzwi i zastanowił się nad sytuacją, w jakiej się znalazł. Nie było już dla niego odwrotu z tego stanu rzeczy. Chociaż… Gdyby ktoś teraz, dokładnie w tej chwili wszedł do owej mniejszej wersji banku krwi, mógłby jeszcze się z tego wywinąć. Mógłby powiedzieć, że się zgubił, że szukał identyfikatora, został wysłany po krew dla tej ofiary wypadku… Nie, nie powinien teraz o tym myśleć. Aczkolwiek marginalna poprawa jego pozycji, gdyby został jednak tutaj znaleziony, zawsze mogła się na coś zdać. Zatem wymacał w ciemności włącznik światła i usłyszał ciche „pstryk!”. Wzdrygnął się lekko na ten dźwięk, tak bardzo przyzwyczajony już do ciszy. Jego oczy nie zdążyły jeszcze przywyknąć do mroku, ale nagła jasność zadziałała w pewnym stopniu oślepiająco i minęło kilka chwil, nim mógł widzieć całkiem normalnie.
Tom przyjrzał się dokładniej pomieszczeniu i zobaczył, iż po jego lewej stronie, tuż przy drzwiach, stoi biały – jakże inaczej by być mogło? – stołek. Uznał, iż musi nieść nieocenioną pomoc przy ściąganiu woreczków z wyższych półek. Zauważył, że te po prawej są oznaczone „Rh+”, a te po lewej, analogicznie, „Rh-”. Najbliżej okna były szafy z krwią grupy „AB”, co było jasno określone przez kolejne tabliczki. Nieco dalej od oszklonego otworu w ścianie były półki zdefiniowane literą „B”, następne „A”, a najbliżej drzwi znajdowały się szafy oznaczone treścią „0”.
Do handlarza stopniowo docierała informacja, że jest tu chłodniej niż gdziekolwiek indziej w budynku. „No oczywiście,” myślał ponuro „przecież tutaj trzymają krew”. Nie, żeby było mu zimno, raczej po prostu czuł się… niekomfortowo w takich warunkach.
Podszedł do okna i zaklął pod nosem. Musiał przebywać na trzecim albo czwartym piętrze! Szybko wziął się do wykonywania zadania, a mianowicie wyciągnął spod swetra uprzednio schowaną tam spłaszczoną, plastikową butelkę i jął wdmuchiwać w nią powietrze. Nie długo trwało, nim uzyskał pożądany efekt, ale i tak wydawało mu się to strasznie głośną czynnością. Śpiesznie zawrócił przed meble zawierające odpowiednią grupę, otworzył je i zaczął po kolei wlewać zawartość worków do pojemnika. Cała grupa „Rh+” zajęła mu pełną objętość butelki, wyciągnął więc drugi z trzech przygotowanych zbiorników i podjął na nowo nużącą czynność, jaką było zlewanie serii cieczy.
Po ukończeniu tej czynności miał dwa pełne plastikowe pojemniki. Odwiesił puste aluminium na miejsce i zaczął się zastanawiać, jak stąd wyjdzie. Obawiał się, że użycie głównych drzwi nie będzie dobrym pomysłem, a tym gorszym byłoby opuszczenie budynku wejściem dla personelu, o ile takie istniało. Wyskoczyć przez okno? Na pewno wróciłby tu szybko, tym razem jako dość mocno poobijany pacjent, zapewne z połamanymi kośćmi oraz, gdyby miał szczęście, wstrząsem mózgu. Wtedy przynajmniej umarłby nieprzytomny i nic by nie poczuł. Strach wziął w nim górę, nie chciał i nie zamierzał cierpieć ani zaraz, ani potem, choć miał niejasne wrażenie, iż ból i cierpienie jest mu o tyle pisane, że i tak go doświadczy, prędzej czy później. Wolał jednak opcję „później”, co przy jego bojaźliwym charakterze było do przewidzenia.
Mimo to podszedł do okna i otworzył je i ze zdziwieniem stwierdził, że pada śnieg, a trawy na dole nie było już widać, może za wyjątkiem tej rosnącej pod drzewem. Drzewem? Rękodzielnik przysiągłby, że wcześniej tu nie rosło, ale to niemożliwe, najwyższe gałęzie sięgały wyżej, niż mógł zobaczyć z obecnej pozycji. Wychylił głowę na zewnątrz, aby zbadać ściany. Upewnił się, że jest na trzecim piętrze, a zaraz po prawej biegnie z góry na dół rynna. On sam nie przecisnąłby się przez wąski otwór, jaki powstał po otworzeniu okna, ale butelki…
Nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł, w tej chwili wydający się mu bardzo oczywistą koncepcją. Zdjął z siebie kitel i oderwał od niego kilka długich pasów, które powiązał razem na końcach. Resztę uniformu rozłożył na podłodze i umieścił na nim butelki, upewniwszy się przedtem, że są dobrze zakręcone. Zawinął je w materiał, po chwili oderwał jeszcze kilka pasów i obwiązał nimi całość jak paczkę. Te, które oddzielił od kitla jako pierwsze, teraz przewlekł przez dwa niewielkie otwory w ‘pakunku’ i przywiązał mocno do rynny. Cofnął ręce, a całość zaczęła powoli opadać w dół; jemu samemu wydawało się, że tarcie o ściany robi niezwykle dużo hałasu.
Nie chcąc tracić więcej czasu zamknął okno, zgasił światło i wyszedł na korytarz. Odetchnął z ulgą, gdy nikogo nie zauważył. Cicho zamknął za sobą drzwi i ruszył przed siebie, mając na celu zejście na parter i wydostanie się wreszcie na zewnątrz.
Nie miał już na sobie skradzionego uniformu, co osobiście uznawał za zaletę – nie musiał wracać do pokoju lekarskiego, a recepcjonistka, ta kobieta, która ledwie na niego spojrzała, jeśli nawet go pozna, to co się stanie? Przecież wychodzi, może nawet z czystym sumieniem powiedzieć, że nie ma zamiaru tutaj kiedykolwiek przychodzić. Z takimi optymistycznymi, jak na tę sytuację, myślami wkroczył do recepcji.
- Dobry wieczór. Wie pan, o której kończą się godziny odwiedzin? – usłyszał karcący głos siedzącej za biurkiem osoby.
„Czyżbym aż tak długo tu był?” pomyślał przerażony Tom, a na głos powiedział:
- Wiem, ja tylko… – Odchrząknął, nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć. Nie mógł przewidzieć, kiedy przyjdzie recepcjonistka na nocną zmianę i ze wszystkiego, co mogło się nie udać w ciągu całej akcji, musiał zostać zatrzymany akurat za przebywanie w budynku poza godzinami odwiedzin. Wyjął z kieszeni spodni telefon komórkowy i podniósł tak, by kobieta mogła go zobaczyć, a po chwili z powrotem schował. – Wróciłem po telefon, bo zostawiłem przez nieuwagę.
- Naprawdę? Siedzę tu od piętnastu minut i nikt nie wchodził w tym czasie.
- Przypomniałem sobie, że miałem już dłuższy czas temu skonsultować coś z lekarzem, więc pomyślałem, że skoro już tu jestem… – odparł ze wzruszeniem ramion.
- Ach… – Recepcjonistka wyraźnie się zmieszała i już o nic nie zapytała.
Handlarz, poczuwszy się wolny od dalszych przesłuchań, wyszedł na zewnątrz. Mało brakowało, a zapomniałby zabrać paczki, którą wypuścił przez okno. Uprzytomnił sobie ten brak dopiero wtedy, gdy był około dziesięciu metrów od szpitala. Szybko zawrócił i podszedł do stóp rynny. Z ulgą zauważył, że jego pakunek wciąż tam leży, a po bliższych oględzinach stwierdził, iż butelki nie są uszkodzone. Bez dalszej zwłoki wziął całość do ręki jak siatkę z zakupami i skierował się w stronę domu.

***
Kiedy się ocknął, było jeszcze ciemno na zewnątrz. Odniósł wrażenie, że coś jest nie tak, jak być powinno i to właśnie ten niepokój go obudził. Rozejrzał się wokół i przy tym upewnił, iż leży w łóżku w swoim domu. Na podłodze butelki wypełnione ciemnoczerwoną cieczą stały tam, gdzie je zostawił. Dobrze. Odetchnął z ulgą, ale zaraz znowu dotknęło go zdenerwowanie. Co mogło w takim razie pójść źle? Zapalił lampkę na szafce znajdującej się tuż obok i wstał.
Poza tym nikłym, ciepłym światłem wszystko wydawało się mroczne, upiorne w srebrzystej poświacie sączącej się przez nie zasłonięte okna. Niemal sięgająca sufitu szafa, stojąca obok niej komoda, biurko na przeciwległej ścianie, zakurzony dywan. Na tym wszystkim księżycowe promienie wymalowały rozmaite wzory, za szablon mając ozdobne kształty wykrojone w firance.
Tom zadrżał, choć w pokoju było dość ciepło. Przeszedł do kuchni, a nie zauważywszy tam nic podejrzanego, wkroczył do przedpokoju. Było to małe pomieszczenie, mieszczące ledwie kilka wieszaków i półkę z telefonem. To właśnie telefon był w tym wszystkim niezwyczajny, bowiem po raz pierwszy od wielu lat świeciła się lampka oznaczająca nowe wiadomości nagrane na automatycznej sekretarce. Dla kramarza było to tak dziwne zjawisko, że przez dłuższą chwilę nie robił nic poza tępym wpatrywaniem się w mrugające światełko. Nawet nie oddychał, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. W końcu otrząsnął się i jednym przyciskiem uruchomił odtwarzanie.
- Masz sześć nowych wiadomości. Pierwsza nowa wiadomość. – W zalegającej ciszy głos sekretarki był niczym ostrze sztyletu. Po chwili handlarz dowiedział się, iż została ona nagra-na o godzinie dwudziestej siedemnaście.
- Cześć Tom, tu Paula. Mieliśmy wypadek, Daniel zginął na miejscu, mnie i Karola zabierają do szpitala. Przybądź szybko i oddzwoń, proszę. Pa. – Ten głos, choć teraz nieco zniekształcony przez płacz, był mu dobrze znany. Jego siostra i on sam odcięli się od reszty rodziny, rzadko z kimkolwiek się kontaktowali, ale jeśli mieli jakieś problemy, zazwyczaj dzwonili właśnie do siebie. Teraz Paula miała wypadek, w którym zginął jej mąż, a ona z synem są w budynku, z którego handlarz wyszedł kilka godzin temu! A może mniej? Nie miał pojęcia, ile czasu minęło od wyjścia z mieszkania do przebudzenia.
- Druga nowa wiadomość. – Nagrana kwadrans po dwudziestej pierwszej.
- Tom, gdzie jesteś? Jesteśmy już w szpitalu, niedługo zabiorą nas na badania. Oddzwoń.
Kolejna wiadomość została nagrana godzinę później.
- To znowu ja. Czemu nie oddzwaniasz? Już po badaniach. Lekarze twierdzą, że nic mi nie będzie, mam kilka siniaków i drobnych ran, ale to nic. Za to Karol… Od dziecka choruje na astmę, a okazało się, że choruje jeszcze na coś, ale nie zostało to wcześniej wykryte i teraz ma przez to ciężkie powikłania. Jutro przejdzie transfuzję krwi, choć lekarze boją się, że może się nie udać. Na razie starają się ustabilizować jego stan, transfuzję wykonają gdzieś przed południem. Przyjdź, proszę. Czekamy.
Wypadek. Transfuzja. Dziwne wyniki badań. W umyśle Toma coś zaskoczyło. Przecież to on radził, żeby przeprowadzić transfuzję, nie patrzył na nazwisko widniejące na karcie…! Jego siostrzeniec może teraz umrzeć i to będzie jego wina! A przecież… przecież Karol ma krew grupy A!
Odsłuchał wiadomości do końca, a każda z nich wyrażała wzrastający niepokój o jego osobę. Pytania gdzie jest, czemu nie oddzwania i czy w ogóle ma zamiar do nich przyjść po-woli przybierały prawie histeryczny charakter. Ostatnia z nich została nagrana tuż przed trzecią.
Spojrzał na zegarek – dwadzieścia minut po czwartej. Za około dwie i pół godziny będzie już jasno. Już w trakcie słuchania wiadomości podjął decyzję. Musiał się spieszyć, jeśli chciał oddać skradzioną krew przed świtem. Nie telefonował do Pauli, jeśli ma go zobaczyć, niech to się stanie bez uprzedzenia, może zyska na tym choć trochę czasu.
Popędził po butelki, kurtkę nałożył w trakcie schodzenia po schodach. W tym całym pośpiechu zapomniał zamknąć drzwi, ale z drugiej strony… Kto by okradał i tak biednie żyjącego rękodzielnika? Nie zastanawiał się nad tym ani wtedy, ani nigdy później.

_________________
<center></center>

Avatar (c) 19sheri93
Logo (c) Basheerah
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Arham
Samotnik
<b>Samotnik</b>


Dołączył: 13 Lis 2008
Posty: 2437

PostWysłany: Czw Mar 31, 2011 8:16 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Na miejsce dotarł dość szybko, strach po raz kolejny dał mu motywację do działania. Nie zatrzymał się w recepcji, biegiem dotarł do szpitalnego banku krwi. W tej chwili był na siebie wściekły, że nie oznaczył żadnej z nich w jakikolwiek sposób, by potem rozpoznać, który po-jemnik zawiera krew z czynnikiem, a który krew bez czynnika Rh. Czuł wszystkimi zmys-łami, że jego czas jest ograniczony, nie mógł go marnować na ponowne granie lekarza lub tym trudniejsze zakradanie się do laboratorium, żeby sprawdzić, w której butelce jest ciecz grupy „A Rh+”.
Otworzył szafę z grupą „A Rh-” i jął napełniać woreczki cieczą z butelki, którą jako pier- wszą wyciągnął spod kurtki. Po kilku minutach, które wydawały mu się wiecznością, zaczął opróżniać drugą butelkę, tym razem po przeciwnej stronie pomieszczenia. Puste pojemniki włożył z powrotem pod ubranie i wyszedł na korytarz.
Musiał bardzo się wysilać, żeby nie biec na dół. Jakież jednak było jego zaskoczenie, gdy na parterze zauważył policjantów! Zesztywniał cały, na poły przez zdziwienie, na poły przez strach. Recepcjonistka szepnęła coś do jednego z nich, ten dał znak reszcie i nie minęła minu-ta, nim Tom był już na zewnątrz w otoczeniu kilku funkcjonariuszy.
Zawieźli go na posterunek, gdzie opowiedział wszystko tak, jak było w rzeczywistości. Mówił, że już za młodu wykorzystywali go do czarnej roboty, że zawsze był tchórzem. Po prostu i tym razem nie mógł się oprzeć żądaniu podejrzanej klientki, ale teraz to, co mówiła, nie miało już dlań większego znaczenia, bo i tak pewnie niedługo go zabije. Co prawda nie było to zbyt wiarygodne tłumaczenie, według rozumowania komisarza, ale kto powiedział, że rzeczywistość zawsze musi opierać się na logicznym myśleniu?
Po kilku godzinach obudził się zdumiony w areszcie, nawet nie pamiętając, kiedy usnął. Tymczasem policja przeczesywała miasto w poszukiwaniu tajemniczej zleceniodawczyni. Fakt, że nie uwierzyli za pierwszym razem oskarżonemu, lecz potem któryś z nich przypom-niał sobie nie rozwiązane sprawy, które dotyczyły zaginięć w tajemniczych okolicznościach bliskich ludzi z całego kraju. Jednak na wszelki wypadek zatrzymali handlarza jeszcze na pewien okres. Ktoś w końcu musi ponieść odpowiedzialność za dokonane czyny, a gdyby nie udało im się odnaleźć Narcyzy… Wiadomo, jaki byłby dalszy ciąg zdarzeń.
- Przepraszam – odezwał się w pewnym momencie rękodzielnik do pilnującego go straż-nika. – Odnośnie tego w szpitalu… Skąd wiedzieliście, gdzie i kogo szukać? – spytał, gdy tamten odwrócił głowę w jego stronę.
- Recepcjonistce wydało się dziwne, że ktoś wbiega w nocy do budynku, poza tym twier-dziła, że już cię widziała, kilka godzin wcześniej. Ponadto rozmawiała z jedną z pielęgniarek i ich opisy dziwnego mężczyzny podającego się za lekarza, pod nazwiskiem niefigurującym w bazie pracowników, zgadzały się ze sobą. Reszta była kwestią czasu – odparł z cieniem ironicznego uśmiechu i wzruszył ramionami.
- Ach tak… – mruknął, bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Właśnie dowiedział się, że jego genialny plan wcale nie był tak genialny, jak się mu na początku zdawało. Co on w ogóle sobie wyobrażał?! Jego działania z góry były skazane na porażkę, zawsze mu mówiono, że ramię sprawiedliwości jest długie, a mimo to… Zaśmiał się cicho z własnej głupoty. Czy można upaść jeszcze niżej? Nie wyobrażał sobie takiej możli-wości. Po kilkunastu minutach znów zapadł w sen, którego potrzebował bardziej, niż mógł się spodziewać. Gdyby naprawdę był choć trochę obeznany z medycyną czy psychologią, wie-działby, do czego może doprowadzić działanie w ciągłym stresie przez tyle godzin.

***
Nikt nie zauważył, że do pomieszczenia ktoś wszedł. Ten ktoś zastanawiał się, czy dać o sobie znać, ostatecznie uznając, że tak będzie bezpieczniej. Postać w czarnym płaszczu sprawiającym wrażenie śliskiego w dotyku podeszła bezszelestnie do biurka dyżurnego, który dla zabicia czasu właśnie czytał jakąś gazetę.
- Witam. Czy mogę się widzieć z zatrzymanym? Tom Szklarski – padło chłodne pytanie.
Dyżurujący drgnął na dźwięk słów, nie usłyszawszy nadejścia przybysza. Zupełnie jakby ten raczej unosił się nad podłogą niż po niej stąpał. Natychmiast odłożył czytaną przed chwilą prasę i przeniósł wzrok na stojącą nad nim postać. A owa postać właśnie zsunęła z głowy kaptur, odsłaniając przy tym wodospad złocistych włosów. Dopiero po kilku dłuższych chwi-lach funkcjonariusz otrząsnął się, początkowo zbyt oszołomiony, żeby coś wyrzec. Parę razy otwierał i zamykał usta, nie wiedząc, co powiedzieć, zaś znajdująca się przed nim kobieta – bowiem przybysz był płci żeńskiej – uśmiechała się ironicznie, ale dla niego ten uśmiech i tak był cudowny. Jednak później, kiedy próbował sobie przypomnieć jej twarz, powracała jedynie pewność, że była piękna. I wspomnienie jasnych, długich włosów…
- Proszę, niech pani usiądzie – powiedział, usiłując zyskać tym na czasie o tyle, żeby wymyślić jakąś sensowną odpowiedź.
- Dziękuję, chcę się tylko widzieć z zatrzymanym – oświadczyła tym samym tonem.
- Wie pani, o tej godzinie widzenia są… – zaczął, odruchowo spojrzawszy przy tym na zegarek. Było kilka minut po ósmej wieczorem.
- Muszę się z nim widzieć – przerwała mu twardo.
- Chwileczkę, pójdę po szefa… – odparł, czując, że sam do niczego nie dojdzie; wstał, ale chłodna i zadziwiająco silna ręka nieznajomej popchnęła go z powrotem na krzesło.
- Nie musisz iść do szefa. On nie musi wiedzieć. Po prostu wskażesz mi drogę. – W jej głosie pojawiła się jakaś miękka, niemal czuła nuta. Niemal. Uśmiech, który zgasł jakieś pół minuty temu, na nowo wszedł na usta, ale i on był jakiś cieplejszy. Tylko oczy pozostały nie-przystępne, choć i w nich zaszła jakaś zmiana, doszedł wyraz tak silnej perswazji, iż, zdawało się, można było z nią powiedzieć górze, żeby się przesunęła, a ona usłuchałaby i przemieściła się.
- Szef nie musi wiedzieć. Wskażę drogę – powtórzył jak w transie. „Nie, nie rób tego!” krzyczało coś w jego głowie. „Czego nie robić?” pytała jakaś jego część, inna mówiła: „Nie można odmówić takiej kobiecie!”, a jeszcze inna uciszała wszystkie. – Korytarzem prosto, potem w lewo i czwarta cela po prawej – dodał usłużnie, po czym zapadł w coś na kształt drzemki.
Kobieta uśmiechała się, już nie ironicznie, już nie ciepło, ale tak, jak uśmiecha się zwy-cięzca pojedynku. Na powrót nałożyła kaptur na głowę i poszła cicho we wskazanym kie-runku.
Kilka minut później dyżurny otworzył oczy i rozejrzał się z przerażeniem. Czyżby ta kobieta tylko mu się przyśniła? Spojrzał na zegarek – ósma trzynaście, czyli niewiele po tym, jak ostatnio nań zerknął. A może tylko wydawało mu się, może naprawdę zasnął? Minione tak niedawno zdarzenia mocno nadszarpnęły jego poczucie rzeczywistości, uznał, że musi coś zrobić, żeby się przekonać, że nie śpi. Omiótł wzrokiem każdy skrawek pomieszczenia znajdujący się w jego polu widzenia, cóż, nie do końca każdy, gdyż w pewnym momencie zatrzymał wzrok na leżącej na biurku kanapce i poczuł coś bardzo realnego, a mianowicie głód.

***
- Dobry wieczór… – zasyczał gdzieś w kącie kpiący głos.
Mężczyzna podniósł się z pryczy jak oparzony, zachwiał się i upadł na nią z powrotem, choć już nie leżał, a siedział. Za dobrze znał ten głos, zawsze potrafił go rozpoznać, wracał do niego w najgorszych koszmarach. Teraz też go rozpoznał, nawet jeśli to tylko wyobraźnia pła-tała mu figle. Przełknął ślinę, a raczej próbował to zrobić, bo ze strachu zaschło mu w gardle.
- Witaj – odrzekł niepewnie, rozglądając się na boki, ale nie mogąc nigdzie dostrzec roz-mówcy. Cóż za ironia, ostatnie, jak mniemał, spotkanie prawie identyczne, jak to pierwsze!
- Szukaj wyżej – podpowiedziała z drwiącym śmiechem. Ach, jak ona lubiła te zabawne pogawędki!
I wtedy Tom ją zobaczył. Siedziała na parapecie zakratowanego okna, chociaż niemoż-liwym było nawet postawienie tam kubka. Nie widział jej twarzy, wiecznie skrytej pod kaptu-rem, ale czymś w rodzaju szóstego zmysłu wyczuł, po raz pierwszy mając jej sylwetkę przed sobą, zamiast za plecami, że jest piękna. Jednak nie była to taka uroda, jaką na co dzień widuje się na ulicach, czy też, częściej, na filmach. Było to nienaturalne, upiorne piękno, stworzone przez jakiegoś złego ducha, który popycha swoich wysłanników na ziemię i szepce do ucha obłudne słowa: „Rób to, co ci powie; widzisz, jaki ładny? Ty też taki będziesz, tylko rób to, co on ci rozkaże, tak jedynie nasycisz swe pragnienia. Rób tak, rób!”. Kramarz obej-rzał się za siebie, ale spostrzegł, że zarówno strażnicy, jak i zatrzymani, śpią głębokim snem. Westchnął. To już koniec. Ale czy na koniec można być odrobinę mądrzejszym?
- Czy mogę zadać ci kilka pytań? – zapytał spokojnie, pogodziwszy się w większej mierze z czekającym go losem.
- Możesz – odparła beztrosko, machając w powietrzu nogami. Taka postawa zdziwiła go bardziej niż wszystko inne, co widział do tej pory.
- A czy dostanę na nie odpowiedź? – upewniał się.
- Pytaj, o co chcesz – zripostowała nieco wymijająco.
Kolejne westchnienie.
- Dobrze, hm… Jak masz na imię?
- Narcyza – odpowiedziała lekko rozbawiona, przenosząc wzrok na niego z pobłażliwym uśmiechem.
- Po co ci krew?
- Myślę, że tego już się domyśliłeś, człowieku – odrzekła z akcentem na ostatni wyraz.
- Demon! – syknął z odrazą.
- Owszem. – Powoli pokiwała głową.
- Czemu akurat grupy A?
- Niewielu z nas zdaje sobie z tego sprawę, ale jad płynie we wszystkich naszych żyłach, a jeszcze mniej wie, że krew grupy A jest szlachetniejsza od pozostałych, zaś po połączeniu z jadem… Słyszałeś zapewne o błękitnej krwi? To nie jest jedynie metafora. To, co płynie w naszych żyłach po wypełnieniu ich krwią grupy A, ma błękitny kolor. No dobrze, lekko zachodzi na fiolet, ale my nazywamy to błękitną krwią. Jest jednak warunek: sam musisz mieć tę grupę za życia i posilać się tylko taką. Ten sekret zdradził mi mój mentor, ten, który mnie Obudził. Dzięki temu jesteśmy silniejsi, należymy do elity wśród wampirów.
- Ilu was jest?! – Tom nie krył zdumienia.
- Och, całkiem niedużo. Około kilkuset na całym świecie. – Machnęła niedbale ręką.
- Jasne. Niedużo – mruknął pod nosem, a Narcyza udała, że tego nie słyszała. – Dlaczego potrzebujesz dostawców? – zadał kolejne pytanie, ale kiedy spojrzał w stronę okna, nie było tam nikogo.
- Wybacz, ale nie mogę odpowiedzieć ci na więcej pytań. Niedługo się obudzą, a przecież nie chcemy niewygodnych świadków, czyż nie? – Szept rozległ się tuż przy jego uchu, aż podskoczył ze strachu. Zwrócił wzrok na lewo i ujrzał zakapturzoną głowę tuż przy swojej twarzy. – Dobranoc. Może kiedyś jeszcze się zobaczymy – dodała, a po chwili poczuł ból pod lewą piersią. Spojrzał w dół, ale była tam już tylko mokra, czerwona plama, która rozrastała się z każdą sekundą. Znów uniósł oczy ku górze i zobaczył ciepły, szczery uśmiech kobiety. Sam także się uśmiechnął, chociaż nie do końca wiedział, dlaczego. Zrobiło mu się jakoś tak ciepło, przyjemnie. Potem kobieta zdjęła kaptur i to był ostatni obraz, jaki ujrzał za życia: jej twarz, piękna i upiorna. A potem już tylko ciemność.

***


Tak, zgadliście, to były kolejne 3 strony. Ostatnią stronę wstawię, jak poprawię pewną część, którą uznałam za nazbyt krótką.

_________________
<center></center>

Avatar (c) 19sheri93
Logo (c) Basheerah
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Arham
Samotnik
<b>Samotnik</b>


Dołączył: 13 Lis 2008
Posty: 2437

PostWysłany: Nie Maj 08, 2011 4:14 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

I... ostatni fragment!



Paula miotała się w uścisku kilku pielęgniarek, nie mogąc pogodzić się z tą wiadomością. Jej syn nie żyje. Krew się nie przyjęła, bo ktoś podał krew „Rh+”, choć badania wykazały, że chłopak nie ma tego czynnika w swoich żyłach. Prawdę mówiąc, nie była to wina żadnego z pracowników, a Toma, który nieuważnie zamienił ciecz z czynnikiem i bez niego miejscami, ale o tym nie powiedzieli jego siostrze. Gdyby się o tym dowiedziała, zapewne trzeba by było zamknąć ją w zakładzie psychiatrycznym.
- Karoool! Mój syyyn, nieee! – zawodziła co chwila.
- Proszę się uspokoić, ja wiem, to wielki cios dla pani… – jedna z pielęgniarek starała się uciszyć Paulę; bez rezultatu.
- Dajcie jakieś środki uspokajające! – krzyknęła inna, która miała pewne doświadczenie w takich przypadkach.
Niedługo trwało, nim ktoś przyniósł strzykawkę z lekiem, wbił ją w żyłę rozpaczającej matki, a zaraz potem podał środek nasenny.
Około ośmiu godzin później kobieta obudziła się, ale już nie zachowywała się histerycznie. Szepnęła tylko „Karol…” i rozszlochała się. Kiedy zabrakło jej i łez, postanowiła zadzwonić do brata.
- Komórka Toma, kto mówi? – odezwał się w słuchawce niski bas.
- Jego siostra, a pan kim jest? – odparła oskarżycielsko.
- Jestem… jego znajomym – zareplikował ostrożnie strażnik, który w tej chwili patrzył, jak wynoszą martwe ciało zatrzymanego z celi.
- Aha… Czy mogę z nim mówić? – zapytała już normalnym tonem.
- Niestety nie… Przykro mi to mówić, ale… Pani brat… Cóż, podejrzewamy, że popełnił samobójstwo lub został zamordowany, choć nie mamy dowodów na którąkolwiek z teorii.
Kobieta wypuściła z dłoni telefon, który w jednej chwili rozbił się o podłogę na kilka kawałków. W ciągu dwóch dni zginęły najdroższe jej osoby.
- Halo? Pani…? Jest tam pani? – zaniepokojony głos policjanta ugrzązł w eterze.
Kolejna śmierć, kolejny cios w osłabioną psychikę Pauli. Ciężar ostatnich wydarzeń przytłaczał ją i nie miała z kim się nim podzielić. Rzuciła się do stolika i, odnalazłszy strzykawkę, napełniła ją nierozważnie pozostawionym płynem uspokajającym, by zakończyć swe życie przedawkowaniem leku. Nie udało jej się jednak, igła trafiła w dość czuły punkt, aby paść na podłogę i zwijać się z bólu. W pewnym momencie straciła przytomność.
Ocknęła się dopiero w szpitalu psychiatrycznym w jednym z pokoi, w których nie można się niczym skaleczyć. W tym pomieszczeniu dożyła niezbyt szczęśliwej, samotnej starości.

***
Tuż przed świtem chłodna macka ciemności dotknęła stojącego na przystanku studenta. Zadrżał z zimna i odruchowo zerknął przez ramię. Zamarł nagle, ujrzawszy przed sobą dzikie, jasnoniebieskie oczy. Przetarł oczy, nie wierząc w to, co zobaczył. Jednak błękitne ślepia nie zniknęły, wpatrywały się w niego z głodnym wyrazem. Wiedział już, że to nie było zimno jesiennego przedświtu, lecz dotyk skóry stojącej tuż obok nieznajomej. Kobieta oblizała wargi i przycisnęła go w jednym momencie do ściany najbliższego budynku. Student poddał się jej, oszołomiony. W jednej chwili stał spokojnie, nieco zmęczony, w drugiej już przygwożdżony do ściany przez jakąś kobietę. Patrzył na nią ze zdziwieniem, rozsądek nie zdążył jeszcze wrócić do jego myśli.
Nieznajoma z satysfakcją przyglądała się grymasowi na jego twarzy, który uznała za strach, a w moment później jej zęby odnalazły tętnicę. Nie minęło pięć sekund, gdy nad horyzontem ukazały się pierwsze promienie słońca i spaliły ją na popiół. Przerażony już chłopak stał przez chwilę w miejscu, by zaraz uciec co sił w nogach, byle dalej. Później uznał to zdarzenie za bardzo dziwny i niesamowicie realistyczny sen; tylko ta blizna na szyi…

_________________
<center></center>

Avatar (c) 19sheri93
Logo (c) Basheerah
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Salim
Lwiątko
<b>Lwiątko</b>


Dołączył: 04 Maj 2009
Posty: 6890

PostWysłany: Nie Maj 08, 2011 6:58 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Poza nadprogramowymi myślnikami, jednym powtórzeniu i tym dziwnym zdaniu z igłą jest naprawdę fajne. Godne przeczytania, polecam. (:

UWAGA, SPOILER!
Co prawda nudzą mnie już te wampiry, lepiej by było, jakby to był po prostu krwiożerczy demon, no aaale... I cieszę się, że niemal wszyscy zginęli, przynajmniej jest ciekawe.

_________________
Avatar (c) lineart - MazBourne, kolor - Kami, tlo - sh4de-pl
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 02 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Pią Gru 02, 2016 9:02 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Blizna
Samotnik
<b>Samotnik</b>


Dołączył: 05 Gru 2010
Posty: 25

PostWysłany: Pon Maj 09, 2011 12:36 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Pochwał godne, jednak pochwały niewiele wnoszą poza kolejną kroplą karmy dla ego - ważna jest ona dla artysty, jednak nieco porad lepszą jest pożywką. Otóż, akcja rozgrywa się nieco zbyt szybko - wygląda to tak, jakby pomysł został przelany bezpośrednio na "papier", ewentualnie jakby wypełniony został "plan ramowy" wymyślony wcześniej. Mimo dobrej narracji, całość można odebrać jak wymieniane punkt po punkcie elementy akcji - jeżeli planujesz wydać kiedyś książkę lub opowiadanie, wiedz, że wydawcy zwracają na to baczną uwagę. Dobrym pomysłem jest tchnięcie w tekst naturalnej arytmii - losowych myśli, pobocznych, kompletnie nieistotnych wątków które nie wpływają na rdzeń fabuły i tym podobnych. Nada to opowieści życia. Co prawda w Twoim tekście występują tego typu elementy, jednak wyrastają one bezpośrednio na rdzeniu fabuły - to dobrze, jednak jednocześnie gdzieś obok winny błyskać podobne, ale oderwane od całości. To częsty "błąd" (technicznie rzecz biorąc nie jest to ani błąd, ani niedopatrzenie, a styl liniowy) początkujących, jak i bardziej zaawansowanych, acz doświadczonych jedynie na polu amatorskim twórców. Jednak tylko kilka drobnych kroków dzieli Cie od profesjonalizmu - jeżeli chcesz dalej rozwijać się w tym kierunku, polecam na próbę posłać jedno opowiadanie do jednego z licznych wydawnictw lub gazet. Praktycznie nigdy nie pozostawiają utworu bez komentarza - z całą pewnością dostaniesz od nich garść cennych uwag.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Król Lew Strona Główna -> Kosz Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group