Forum Król Lew Strona Główna Król Lew
RPG [PBF] w realiach 'Króla Lwa' Nowy adres: http://pbf.krollew.pl/
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Forum przeniesione na adres: http://pbf.krollew.pl/
Etoria: Bunt lakorian

 
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Król Lew Strona Główna -> Kosz
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Arham
Samotnik
<b>Samotnik</b>


Dołączył: 13 Lis 2008
Posty: 2437

PostWysłany: Nie Sie 16, 2009 12:25 pm    Temat postu: Etoria: Bunt lakorian Odpowiedz z cytatem

Założyłam już kiedyś taki temat, wiem, ale postanowiłam nieco 'ulepszyć' tę historię. Tak więc oto jest I część rozdziału I (czy pozostanę przy nazwie 'Powrót do stolicy' nie wiem).


Rozdział I, cz. I

Powrót do stolicy



Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy Nadena ocknęła się. Była to niezbyt wysoka, w porównaniu do większości przedstawicieli jej rasy, jasna elfka. Mierzyła bowiem zaledwie około stu osiemdziesięciu centymetrów. Miała gęste brązowe włosy, idealnie komponujące się z głębokim odcieniem zieleni jej oczu. Natura łaskawie obdarzyła ją zwinnością, nieprzeciętnym słuchem oraz sokolim wzrokiem, dzięki czemu była jedną z najlepszych łuczniczek w królestwie. Z racji bycia następczynią tronu w Launie – stolicy jasnych elfów – wyruszyła w ramach misji dyplomatycznej jako jedyna przedstawicielka swej rasy oraz jej królewskiego rodu, biorąca udział w tej eskapadzie.
Okolica, w której się obudziła, była zapierająca dech w piersiach. Dzika plaża wokół ogromnego jeziora Iris, nazwanego tak na cześć dawno już zmarłej władczyni lakorian, która przyczyniła się do gwałtownego, a zarazem pierwszego rozwoju tejże rasy, emanowała złotawym blaskiem. Na północy wznosił się zamek ludzi, otoczony zewsząd potężnymi ramionami gór. Była tam jedynie wąska przełęcz, prowadząca do zamku. Na wschodnim, odległym o kilkanaście mil od elfki przeciwległym brzegu jeziora, majaczył Labirynt Mroku, dawno już opuszczony przez Minotaury. Na południowym wschodzie rozciągała się równina, której koniec nikł za horyzontem. Natomiast od zachodu ciągnęła się szeroko puszcza. Ogólne wrażenie wprawiało w nastrój spokoju i relaksu, jednocześnie połączonych z osobliwą grozą. Jednak w przypadku Nadeny tym odczuciom towarzyszył niepokój, że stało się coś niedobrego.
Skrzywiła się przy pierwszej próbie powstania, zakończonej niepowodzeniem. Była dość mocno poobijana, o czym dotkliwie dawał znać tępy, pulsujący ból w skroniach i krzyżu. Na jej białej zbroi, służącej zarówno do walki jak i na bardziej oficjalne okazje, widniały czerwone plamy zakrzepłej krwi. Po trzech próbach udało jej się w końcu podnieść do pozycji siedzącej.
Nagle od strony zarośli do uszu elfki dotarł szelest i czyjaś przyciszona rozmowa. Nie rozróżniała słów, lecz jeden z głosów kogoś jej przypominał...
- Natasha? - szepnęła nieco zaskoczona brzmieniem swego głosu. - Natasha? – powtórzyła nieco pewniejszym tonem, lecz słowa te zostały bez odpowiedzi.
Wstała i chwiejnym krokiem podążyła w kierunku, z którego, jak sądziła, dobiegały ją głosy. Jednak nie zauważyła tam niczego ani kogo; żadnych śladów.
Elfka ogarnęła się w miarę dopiero przed świtem, gdy pierwsze promienie słońca pochłaniały atramentową czerń, powoli ustępującą miejsca mglistej szarości poranka. Podczas pakowania porozrzucanego wokół ekwipunku do brązowej torby, ze smutkiem uświadomiła sobie, iż zniknęły przedmioty niezbędne do wykonania powierzonej jej misji.
Zawiodłaś – usłyszała w głowie surowy głos matki.
Po chwili otrząsnęła się z ponurych rozmyślań i zdecydowała przespacerować po okolicy, aby sprawdzić, czy którekolwiek z okolicznych drzew rodzi owoce. Nie zawiodła się i, ze świeżymi zapasami żywności w tej postaci, wyruszyła w drogę powrotną do Launy.
Szybkim, regularnym krokiem szła w kierunku południowo-zachodnim, w trakcie marszu wykonując dwa krótkie postoje. Zjadła podczas nich po jednym owocu, popijając paroma łykami wody z bukłaka. W nocy zatrzymała się wśród krzewów i pojedynczych drzew. Rozłożywszy na trawie płachtę, ułożyła się na niej do snu, rozmyślając. Mam nadzieję, że matka zrozumie, czemu nie wykonałam zadania... W głębi duszy jednak nie była tego wcale pewna. Pogrążona w tego typu myślach, wkrótce usnęła.
Obudziła się o brzasku. Starannie złożyła zielony pled, który po chwili wylądował w niewielkiej brązowej torbie, przewieszonej przez ramię elfki. Niedługo potem znów wyruszyła w drogę.
Późnym popołudniem, podążając wciąż w tym samym kierunku, znalazła się u podnóża wysokiej, dość stromej góry. Po dłuższej chwili Nadena zauważyła wąską dróżkę, prowadzą-cą wokół góry, aż na jej szczyt. Zastanowiwszy się chwilę, ruszyła ku skalnej ścieżce. Uznała, iż warto rozejrzeć się z większej wysokości.
Pod wieczór, gdy ostatnie promienie zachodzącego słońca powoli niknęły za horyzontem, dziewczyna znajdowała się na oko na jednej trzeciej wysokości góry. Spojrzała w dal, na Prastarą Puszczę Elfów, a po chwili rozłożyła zielony materiał na skałach. Położyła się na nim, podkładając brązową torbę pod głowę. Tylko na chwilę... myślała, a już po paru minutach spała jak kamień.
Zbudził ją blady świt. Z niemałym zaskoczeniem usłyszała nieopodal siebie czyjś ciężki oddech i ciche rżenie konia. Leżała tak chwilę z zamkniętymi oczami, wsłuchując się w odgłosy towarzyszące hulającym nagłym porywom wiatru. Zamrugała kilka razy, na poły, aby się rozbudzić, na poły, aby zidentyfikować nieznajomego. Ku swemu zdumieniu ujrzała przystojnego chłopaka, na oko dwadzieścia trzy, może cztery lata. Miał on oczy tak intensywnie niebieskie, iż można by pomyśleć, że spogląda się w głębię oceanu oraz krótko obcięte, czarne niczym smoła włosy. Ubrany był w szarą kolczugę, naramienniki oraz nagolenniki; u pasa przywieszony był długi miecz, zatknięty w pochwie. Przy prawym jego boku leżała podłużna, połyskująca zimnym blaskiem srebrzysta tarcza, na której widniał herb przedstawiający gryfa o szmaragdowozielonych oczach, stojącego bokiem na tylnych łapach. Herb ludzi. Zmarszczyła brwi w zdziwieniu, rozpoznając w nim kogoś, kto jest jej przyjacielem. Co on tu robi? pomyślała z niedowierzaniem.
- Sanni? - rzekła szeptem, niepewna czy ten ją usłyszał. - Sanni? - powtórzyła nieco głośniej, tłumiąc ziewnięcie. Przejawiała wyraźne tendencje do powtarzania pytań. Szczególnie, jeżeli chodziło o cudzą tożsamość.
- O, obudziłaś się, nareszcie. - Jego twarz na chwilę pojaśniała, po czym na powrót przybrała wyraz głębokiego zamyślenia oraz skupienia. – Na ulicach gwar i śmiech, tu nie zaznasz biedy… – zaczął cicho śpiewać, jego wzrok stał się szklisty.
- Co tu robisz? Jak mnie znalazłeś? – zapytała napastliwym tonem, który skrywał swoistego rodzaju podejrzliwość. Sanni jednak najwyraźniej nie zamierzał odpowiadać na jej pytania, a nawet nie wyglądało na to, że jej słuchał. Rysy jego twarzy nieco złagodniały, ukazując tym razem zatroskanie. Dziewczyna przysunęła się do niego, mimowolnie przygryzając wargi.
- Sanni, co się stało? – spytała łagodniejszym tonem, kładąc przy tym rękę na jego ramieniu w uspokajającym geście. Ten tylko potrząsnął głową, ponownie zatapiając się we własnych myślach.
Zirytowana nieco tym aktem ignorancji Nadena usiadła na swoim posłaniu, wbijając wzrok w ziemię. Na dłuższą chwilę zapanowało milczenie. Ciszę przerwało rżenie konia, który sprawiał wrażenie czymś zaniepokojonego. Elfka instynktownie podeszła do wierzchowca, wyciągnąwszy w jego stronę rękę, aby go uspokoić. Odsunęła się gwałtownie, ze zdziwieniem patrząc na zwierzę, które nieoczekiwanie zaczęło wierzgać i potrząsać grzywą. Wiedziała, że nie jest to dobry znak i zauważyła czający się w jego oczach paniczny strach, jaki trudno sobie choćby wyobrazić.
Kątem oka dziewczyna zauważyła błysk bladozielonego światła, tuż za rogiem. Zwróciła wzrok w tamto miejsce, lecz niczego więcej nie dostrzegła. Na pewno tylko mi się przywidziało… pomyślała, …w gruncie rzeczy nikt poza mną tego nie widział, a więc nie doczekam się ani potwierdzenia, ani zaprzeczenia… To daje do myślenia… Podsumowała własne rozważania, jakby ważąc każde niewypowiedziane słowo. Zdecydowała się w końcu na zadanie nurtującego ją pytania, chociaż spodziewała się, jaka będzie odpowiedź.


Akhm, gdzieniegdzie mogą wystąpić wyrazy z '-' w środku, gdyż piszę to w Wordzie i staram się o taką wersję książkową, żeby było na tyle kartki na ile ma być. Rozumiecie? Nie? Trudno, nie umiem tłumaczyć, ot... Ale jak takie coś znajdziecie, to napiszcie o tym w poście. ;)

_________________
<center></center>

Avatar (c) 19sheri93
Logo (c) Basheerah


Ostatnio zmieniony przez Arham dnia Pon Lut 15, 2010 4:42 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 02 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Pią Gru 02, 2016 9:07 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Arham
Samotnik
<b>Samotnik</b>


Dołączył: 13 Lis 2008
Posty: 2437

PostWysłany: Pon Lut 15, 2010 4:40 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem


Rozdział I, cz. II-ost.

Powrót do stolicy



- Sanni… - zaczęła, znów przygryzając dolną wargę.
- Mhmm…? – mruknął w odpowiedzi, pozostawiając Nadenie niepewność, czy w ogóle jej słucha.
Nabrała tchu i zaryzykowała, kontynuując:
- Widziałeś ten błysk? – spytała przyciszonym głosem w obawie, że ktoś lub coś może ich podsłuchiwać. Ponownie usiadła obok chłopaka. Zadrżała na samą myśl, czym owo ‘coś’ mogłoby być i jak wyglądać.
- Jaki błysk? – odparł pytaniem na pytanie, unosząc przy tym jedną brew ku górze w zdziwieniu, machinalnie zniżając głos do szeptu; nagle się ożywił.
- Wiedziałam – westchnęła ciężko, odsuwając się nieco od niego; spodziewała się tego.
Chłopak zmarszczył brwi, nie rozumiejąc.
- Nade… O co ci chodzi? Nic nie widziałem, ale chyba możesz mi wyjawić, co zobaczyłaś? – rzekł i wysunął nieco ramię, aby przyciągnąć ją do siebie. Szybko jednak z tego zrezygnował i cofnął rękę, jak oparzony. – Pierwsze oznaki burzy? – Zmusił się do lekkiego uśmiechu, w pełni świadom, iż po niebie żeglują jedynie pojedyncze, białe chmurki.
- Zielony błysk, tuż za rogiem – wydusiła po chwili, wskazując podbródkiem zakręt prowadzący ku szczytowi góry.
Książę ludzi pokręcił głową z rezygnacją, wydając przy tym z siebie ciche westchnienie.
- Nadeno - zaczął ze stoickim spokojem; przemawiał tonem dorosłego, który wyjaśnia coś wyjątkowo niepojętnemu dziecku, a w dodatku robi to po raz nie wiadomo który, - wiem, że przez ostatnie kilka dni było ci ciężko, ale... - zawahał się, nie dowierzając wzrokowi dziewczyny i popełniając tym samym fatalny błąd, bowiem ludzie mieli dużo gorszy wzrok od elfów – ...tam na pewno nic nie ma i nie było – dokończył, patrząc jej prosto w oczy.
- Nie wierzysz mi, spodziewałam się tego. - Ponownie westchnęła. - Dobra, nieważne, zapo...- urwała, gdyż nagle dostrzegła coś niebieskiego za tym samym zakrętem, za którym uprzednio zauważyła owo niesamowite zjawisko kolorowego światła, a może promieniowania.
A może tylko jej się zdawało? Może po prostu za bardzo wpatrzyła się w oczy Sanni'ego? Przetarła własne, ale wszystko wyglądało naturalnie.
- To nie tak... - zaczął, ale natychmiast przerwał, napotykając wzrok elfki. Poza tym wiedział, że okłamuje sam siebie. - No dobra, nie wierzę ci... - wyznał w końcu z miną winowajcy.
Ku jego zdziwieniu uśmiechnęła się delikatnie.
- Przynajmniej jesteś szczery - stwierdziła z lekkim rozbawieniem.
- Możesz mi nie wierzyć, ale to nie jest moja mocna strona - odparł kwaśno, lecz na jego twarzy również wykwitł uśmiech.
Księżniczka zaśmiała się perliście, zupełnie zapominając o potencjalnym zagrożeniu.
- Czas na nas - rzekła. - A przynajmniej na mnie - dodała po chwili zastanowienia.
Sprawdziła swą brązową torbę – czy wszystko w niej jest i czy nie jest uszkodzona. Z ulgą stwierdziła, że wszystko jest w porządku i na swoim miejscu. Podniosła wzrok na chłopaka, który już siedział na swoim wierzchowcu z mieczem u pasa i tarczą przywiązaną skórzanymi pasami na plecach; zwierzę zachowywało się tak, jakby zupełnie nic się nie stało. Pokręciła głową, na widok wyciągniętej ręki księcia. "Wiesz, co myślę o konnej jeździe" mówiło jej spojrzenie. Ten z kolei odpowiedział uśmiechem, spiął konia kolanami i pogalopował skalną ścieżką w dół. Elfka, przewiesiwszy wpierw bagaż przez ramię, pobiegła w ślad za jeźdźcem.
Wieczorem zrobili postój u skraju Prastarej Puszczy Elfów. Nadena ‘rozścieliła’ zieloną płachtę na miękkiej trawie, a Sanni rozsiodłał swego białego rumaka i pozwolił mu się paść nieopodal. Posilili się w milczeniu, zmęczeni ciągnącą się podróżą.
- Jak daleko stąd do Launy? - spytał w pewnym momencie chłopak.
- Około półtora dnia drogi w tym tempie - odparła dziewczyna po dłuższym namyśle.
Książę westchnął ciężko, po chwili zasypiając z siodłem pod głową. Elfka uśmiechnęła się pobłażliwie na ten widok. Uwiązała delikatnie konia do jednego z pobliskich drzew, a minutę później sama położyła się i zasnęła, układając głowę na miękkiej części ekwipunku znajdującego się w torbie.
Obudziła się wraz z pierwszymi promieniami słońca. Z niejakim zdziwieniem zauważyła, że Sanni już nie śpi. Wylał część wody ze swojej manierki do jakiegoś naczynia, które podsunął pod nos swemu wierzchowcowi. Ten z kolei zaczął łapczywie chłeptać wodę, jak gdyby od dawna nic nie pił. Może rzeczywiście od dawna nie pił… pomyślała Nadena. Niespiesznie podniosła z ziemi i złożyła zieloną płachtę tak, że w końcowym efekcie wydawała się być niczym więcej, jak tylko średniej grubości kostką. Dwoma zręcznymi ruchami upchnęła w torbie ową ‘kostkę’ i wydobyła z niej jabłko. Po chwili poczuła soczysty miąższ w ustach, powoli delektując się owocem. Gdy skończyła jeść, oblizała wargi z pozostałości soku z jabłka. Wciąż czuła niedosyt, ale nawet ten skromny posiłek oraz sen przywróciły jej większość sił, które utraciła zeszłego dnia. Spojrzała na księcia, który właśnie oczyszczał naczynie z resztek wody, po czym umieścił je w jukach, na boku konia. Wydobyła z torby kolejne jabłko, wyciągając je ku niemu ze znaczącym spojrzeniem. Ten skinął głową i wziął owoc z jej ręki, by po chwili podać je zwierzęciu, które przyjęło dar z wdzięcznością i apetytem.
W parę minut później chłopak osiodłał rumaka i wspiął się na jego grzbiet, zajmując miejsce jeźdźca. Nadena, widząc to, pokręciła głową z rezygnacją, jednak po chwili zarzuciła plecak na ramię.
- Możemy ruszać? – Było to bardziej stwierdzenie niż pytanie. Sanni skinął głową z wahaniem, które ona dostrzegła. – O co chodzi? – spytała naglącym tonem.
- Cóż, praktycznie rzecz biorąc, nie mamy pojęcia, w którą stronę iść. Przynajmniej ja nie mam – odrzekł z wymownym spojrzeniem.
- Masz rację, jednakże… – zawiesiła głos, jakby się nad czymś zastanawiając.
- Jednakże co? Nadeno, mówiłaś, że jest stąd dzień czy półtora drogi. Nadal jesteś tego pewna?
- Jednakże idąc wzdłuż skraju lasu można znaleźć szersze wejście i podążać nim w głąb lasu zgodnie z ruchami tradycyjnego tańca. Taniec ten wykonuje się wieczorem, w Dzień Narodzin – wyjaśniła. – To taki dzień, w którym świętuje się narodziny królowej Falsii – do-dała pospiesznie, widząc pytające spojrzenie chłopaka.
- Legenda? – mruknął niechętnie.
- Legenda – potwierdziła.
- A czy… – zaczął, lecz elfka mu przerwała.
- Na pewno – odpowiedziała.
- Nawet nie wiesz, o co chciałem zapytać – oburzył się.
- Wiem. – W jej głosie zabrzmiała stalowa nuta. – Wiem – powtórzyła – i gwarantuję, że nie ominęliśmy ani przejścia, ani Launy.
- Niech ci będzie… – Niechętnie przyznał jej rację. – Zatem w drogę? – Upewnił się.
- W drogę – odparła i puściła się pędem naprzód, a człowiek za nią. – Pamiętaj, że my, elfy, mamy lepszy wzrok niż ludzie. – Mówiąc to mrugnęła porozumiewawczo, a on odpowiedział jej uśmiechem.
Wczesnym popołudniem dotarli do wspomnianego przez księżniczkę przejścia. Od tego momentu pochód prowadziła dziewczyna, klucząc między drzewami w zawiłym tańcu. Chłopak zszedł z konia, prowadząc go od tej pory za uzdę. Czasami elfka znikała mu z oczu za którymś drzewem, ale zaraz potem zauważał ją w pobliżu kolejnego. Te skomplikowane ruchy miał zaszczyt podziwiać do wieczora, bowiem właśnie wtedy dotarli do polany, która od dziesiątek, może nawet i setek wieków stanowiła bramę do Launy.
- Jesteśmy na miejscu – rzekła Nadena bez tchu, gdy książę wreszcie ją dogonił.
- Prawie – odparł. – Czeka nas jeszcze jakiś kwadrans marszu.
- Pewnie tak… – Przyznała mu rację. – Ścigasz się? – spytała figlarnie.
- Co? Och… Nie, nie tym razem, to była długa podróż. – Uśmiechnął się przepraszająco.
- Tchórzysz – stwierdziła prowokacyjnie.
- Ja tchórzem? Wypraszam sobie! – obruszył się.
- To dlaczego się nie ścigasz? – Nie dawała za wygraną.
- Już mówiłem, jestem zmęczony – powiedział pełnym urazy i zniecierpliwienia głosem.
- Skoro tak… – odrzekła z udawanym smutkiem.
- No nie obrażaj się… Chodźmy już lepiej, koń przez nas zwariuje – ponaglił z nieco wymuszonym uśmiechem; jakby na potwierdzenie tych słów rumak zarżał niespokojnie.
- Taak, już wariuje – zaśmiała się.
Niedługo po tym znaleźli się u wrót miasta. Nie były to mosiężne drzwi z wygrawerowanymi w nich misternymi wzorami, lecz zwyczajnie dwa drzewa pochylone koronami ku sobie, tak, że stanowiły łukowate przejście. Elfka przejechała palcem pośrodku, jak gdyby chciała przeciąć niewidzialne drzwi. Istotnie, znajdowała się tam magiczna bariera, którą mogli przekraczać tylko upoważnione do tego osoby, a zatem wszystkie elfy oraz ich poszczególni sprzymierzeńcy. Nim się obejrzeli, byli już wewnątrz 'murów' miasta. Byli bezpieczni.

_________________
<center></center>

Avatar (c) 19sheri93
Logo (c) Basheerah
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Ghash Burz
Gość





PostWysłany: Wto Lut 16, 2010 2:43 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Na razie przeczytałem pierwszą część i moja opinia jest taka: nie jest źle. Ba, nawet zacnie, ale:
Nie podobało mi się głównie to, że zastosowałaś taktykę "wstała, poszła, zasnęła, wstała, poszła, zasnęła''. Jednym słowem dosyć nudne - jeśli chcesz zrezygnować z opisu podróży, zrezygnuj też z opisywania dni. Jeden bilet w jedną stronę.
Opisujemy całą podróż do momentu kulminacyjnego - nie skąpimy na opisach. Omijamy podróż - zostawiamy opisy jej wstawania i spacerku z jednego punktu, do następnego. Wtedy, mimo iż jest krócej niż byś chciała, nie wieje śmierdzącą monotonią, bowiem powtarzanie czynności (spanie, wstawanie etc.) są/jest jak flaki z olejem.
Chyba zrozumiałaś, o co mi chodzi.

Po prostu jeśli w fabule nic się nie dzieje prócz podróży, odpuść sobie opisywanie wędrówki. Napisz raz o wędrówce, a porządnie. "Wędrowała kilka dni, nocując, wstając na przemian. blebleblelbe, aż pewnego ranka... bum!", spotkanie tego Sanniego.
Powrót do góry
Arham
Samotnik
<b>Samotnik</b>


Dołączył: 13 Lis 2008
Posty: 2437

PostWysłany: Wto Lut 16, 2010 3:37 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Yes, I see. Jak będę miała jakiś bardziej konkretny pomysł na przekształcenie motywu jej wędrówki, to pewnie zmienię, lecz tymczasem pomęczę się jeszcze trochę z II rozdziałem.
_________________
<center></center>

Avatar (c) 19sheri93
Logo (c) Basheerah
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Król Lew Strona Główna -> Kosz Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz dołączać plików na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group